Brak oglądanych wycieczek
 
 

Jesteśmy członkiem
Polskiej Izby
Turystycznej
 

Skontaktuj się z nami telefonicznie:
tel. 801 535 545
tel. 12 422 50 61
tel. 12 422 22 09

lub porozmawiaj z kórymś z naszych konsultantów:

Marta

 

Syria & Jordania.Wiosna 2007. [ANI]

Andrzej Pilewski

 

"Syria & Jordania. Wiosna 2007."

Dziennik podróży.

 

 26.04.2007

 

Lecimy jutro. Austrian, przesiadka w Wiedniu i spodziewamy się zobaczyć najdłużej zamieszkane miasto na Ziemi w czwartek o 15. Bagażu raczej mało, w stosunku do Nepalu pomijalnie mało:). Zaszaleliśmy i zarezerwowaliśmy Sultan Hotel w Damaszku (Lonely Planet Editor s Choice :)), jak ta mailowa rezerwacja wypali okaże się juz jutro.
Tym czasem tyle, przed nami (za) krótka noc.

 

 

Z Warszawy wylatujemy z niewielkim opóźnieniem. Króciutki transfer w Wiedniu i po 3,5 godzinnym locie lądujemy w zachmurzonym Damaszku. Urzędnik długo przegląda nasze paszporty, a gdy zapewniam go, że nie mamy pieczątek z Izraela uśmiecha sie szeroko. Umówiony taksówkarz (15$) wysoko podnosi kartkę z naszym nazwiskiem, czujemy sie trochę jakby to była scena z filmu:). Hotel Sultan (32$ za pokój) umeblowany prosto ale czyściutki. Starszy pan witający nas w recepcji wyciąga xero mapy i objaśnia nam tajemnice starego Damaszku. Wyruszamy na suk Al-Hamidiye, kręcimy sie wokół meczetu, zaglądamy w tajemnicze boczne uliczki. Obiad jemy w Bet Jabri - restauracji urządzonej w przepięknym starym damasceńskim domu. Potem kawa (z obowiązkowym kardamonem), herbata i pierwsza shisha Anity - dała radę :). Zaczyna się nasze uzależnienie od przepysznych wschodnich słodyczy. Na zakończenie jeszcze słynne pistacjowe lody w Bakdash Caffe (50SYP porcja). Wracamy bardzo późnym wieczorem, mimo to czujemy się bardzo bezpiecznie - to rzeczywiście jedno z najbezpieczniejszych państw na świecie.

 

 

27.04.2007

 

Piątek jest dniem szczegółnym w islamie. Nie działa większość instytucji państwowych, banków, szkół. Zamknięte są również sklepy, co oglądamy na pustym suku Al-Hamidiye w piątkowy ranek. Kręcąc sie po starówce natrafiamy na kolejny cudowny dom, przemieniony na knajpkę (Narcissus Palace), zbudowany na początku XVIII wieku. Przy końcu ulicy Bab Sharqi odwiedzamy podziemną kaplicę zbudowaną w miejscu domu Ananiasza. Na dworcu Baramke sprawdzamy, czy nie da się stamtąd pojechać do Palmyry, niestety autobusy w tamtym kierunku odjeżdżają z oddaleonego o kilka kilometrów dworca Harasta (service-taxi 5SYP/os.). Po powrocie z Harasta jemy lekki obiad w okolicach nowopowstającego meczetu. Słońce staje sie łagodniejsze. Wstęp do meczetu Omayadów kosztuje 50SYP, ubiór dla kobiet jest wliczony w cenę. Spędzamy tam parę godzin ze zdziwieniem obserwując, że w przeciwieństwie do nabożnej ciszy naszych kościołów panuje tam atmosfera niemalże piknikowa i wiele osób korzysta z tego miejsca dla odpoczynku od zgiełku miasta. Do meczetu trafiamy tego dnia jeszcze raz, tym razem już po zmierzchu chcą utrwalić niezwykłą gre świateł wieczornej iluminacji. Jeszcze tylko herbata i udajemy się do hotelu.

 

28.04.2007

 

Po typowym dla tego rejonu śniadaniu (jajko, chleb, dżem, herbata) udajemy się na przystanek minibusów i ponownie jedziemy na Harasta. O 9.15 nasz autobus opuszcza Damaszek. Podróżowanie w Syrii jest dla podróżnika prawdziwą przyjemnością. Znalezienie autobusu jadącego w interesującym nas kierunku, pod warunkiem że podróżujemy wzdłuż głownych tras, nie stanowi problemu. Rozpieściło to nas do tego stopnia, że kręciliśmy nosami gdy raz musieliśmy czekać na autobus 20 minut. Autobusy są klimatyzowane, zawsze serwowana jest woda, czasem cukierki i odświeżające chusteczki. Są też bardzo tanie. Należy pamiętać o wzięciu czegoś cieplejszego, ponieważ często klimatyzacja daje się we znaki. Niestety, zdarza się że współpasażerowie palą w środku, z czym jednak - przynajmniej w Syrii - obsługa stara się walczyć. Podróż do Palmyry zamuje około 3 godzin (bilet kosztuje 110SYP czyli niewiele ponad 2 dolary. Kierowca wysadza nas tuż przed miastem wpychając nas w objęcia naganiacza pobliskiego hotelu. Po dotarciu do miasta wybieramy New Afqa Hotel (650SYP ze śniadaniem). Próbujemy miejscowego specjału jakim są bananowo-czekoladowe pancakes. Po południu, przy niestety dość chmurny niebie ruszamy do ruin. Całość można oglądać za darmo, bilety obowiązują jedynie do wybranych miejsc: m.in. amfiteatru i dość dobrze zachowanej świątyni Baala (150SYP). Nazwa Palmyra wzięła się od oazy porośniętej gajem palmowym, co znakomicie widać z okolicznych wzgórz. Spotykamy tu piknikującą syryjską rodzinkę, robimy sobie wzajemnie zdjęcia, oczywiście zapraszają na na herbatę. Jak niesamowici są Syryjczycy przekonujemy się raz za razem. Wcześniej w niewielkim sklepiku z daktylowymi miodami facet na pożegnanie ściska mnie "na misia" i z dubeltówki caluje w oba policzki. Pogoda się pogarsza i gdy kończymy spacer ponadkilometrową kolumnadową aleją zaczyna padać deszcz. Gdy wracamy do hotelu burza rozpętuje sie na dobre. Wieczorem mokrymi ulicami wędrujemy do Traditional Palmyra Restaurant, gdzie jem shishkebab a Anita kurczaka z ryżem i orzeszkami (250SYP za danie). Grubo po zmroku wybieramy się jeszcze raz do ruin, które są w nocy iluminowane. Później snujemy nad mapą plany na następny dzień. Decydujemy się na jazdę przez Homs do Aleppo, rezygnując z wizyty w Der As-Zur nad Eufratem. Przy okazji Anita stwierdza, że gdyby wcześniej wiedziała jak blisko Iraku jesteśmy nie dałaby się tak szybko na tę podróż namówić. Podróże kształcą ;-).

 

29.04.2007

 

Pośniadaniu złożonym z chleba, dżemu, oliwek, serka topionego i herbaty idziemy jeszcze raz obejrzeć ruiny tym razem w promieniach słońca. Zaglądamy w niepoznane wczoraj zakątki. Przesympatyczny beduin sprzedaje nam keffiyeh i pokazuje jeden ze sposobów ich wiązania częstując obowiązkową herbatą. I tu uwaga: kolor ma znaczenie. Arabowie noszą te chusty w kolorze biało-czerwonym, biało-czarne (którą nieświadomie kupuję) są zarezerwowane dla Palestyńczyków.
Wbrew temu co pisze LP dworzec autobusowy w Palmyrze znajduje sie niedaleko meczetu. Natychmiast mamy autobus do Homs (75SYP). Podróż zajmuje 2 godziny. W Homs należy zmienić dworzc autobusowy - autobusy do Aleppo ruszają z oddalonego o kilka kilometrów tzw. Pullmann Garage. Według autorów Lonely Planet (pozdrawiamy :->) to tylko 1,5 km. Po kilometrze wymiękamy i przy pomocy miejscowych łapiemy busa we właściwym kierunku. Niezwykle pomocny okazuje się starszy mężczyzna, który najpierw wsadza nas do tego pojazdu, następnie prosi innych pasażerów żeby pokazali nam gdzie wysiąść bo on jedzie bliżej a jak się później zorientowaliśmy płaci za nas. I tak docieramy do właściwego dworca dopingowani przez pół autobusu. Tradycyjnie już natychmiast mamy autobus do Aleppo. Podróż zajmuje kolejne dwie godziny. Krajobraz za oknem robi się coraz bardziej zielony, mijające nas ciężarówki wożą skrzynki pełne pomidorów, pomarańczy i ziemniaków. W Aleppo (Halab) lądujemy w innym miejscu niż się spodziewaliśmy i chwilkę nam zajmuje dotarcie do hostelu. Lądujemy w otoczonym złą sławą hotelu Al-Rabi (400SYP za dwójkę), który okazuje się być całkiem OK. Wieczorem pierwsza wizyta na tutejszym suku, uważanym za jeden z lepszych na Bliskim Wschodzie. W porównaniu do damasceńskiego ten jest bardziej kameralny, może mniej w nim blichtru ale za to wydaje się nieco bardziej autentyczny. Kupujemy właściwą - czerwoną keffiyę i drobiazg u miłego jubilera chwalącego się bliskimi kontaktami z Polską. Na koniec dnia pijemy pyszne syryjskie soki owocowe - polecamy!.

 

30.04.2007

 

Wstajemy juz o 7.30 i idziemy na pusty o tej porze suk. TIP: Na Bliskim Wschodzie życie nie zaczyna sie zbyt wcześnie, nie ma co wstawać o świcie.Wspinamy się do górującej nad Aleppo cytadeli (wstęp 150SYP). Z góry doskonale widac jak duże jest to niemalże dwumilonowe miasto. Pijemy kawę i wracamy na zapełniający sie powoli ludźmi targ. Na nim prawie sami miejscowi, niewielu Turków przyjeżdżających na tańsze zakupy. Zwiedzamy meczet, jednak po tym z Damaszku nie robi on aż tak wielkiego wrażenia (25SYP). Obok znajduje sie klimatyczna medresa którą warto odwiedzić (wstęp wolny). Wracamy do naszego zagubionego wśród sklepów z oponami hotelu i ruszamy na piechotę na dworzec Hanano. Od razu mamy autobus do Hamy (2h, 90 SYP/os.).
Hama może się podobać już od pierwszego wejrzenia. Dość tu zielono, po szalonym ruchu Aleppo jest tu zdecydowanie spokojniej, wszystko jakby bardziej ułożone. Wybieramy hotel Cairo (550SYP) - czyściusieńki, mamy nawet TV w pokoju. Właściciel natychmiast organizuje nam transport do Crac de Chevalier (1200SYP - drogo ale nie ma wyjścia) - jest już po 3, odległość ponad 100 km a zamek czynny do 6. Nasz kierowca Muhammad gna na złamanie karku ale dzięki temu mamy 1,5h na obejrzenie tego miejsca. Pogoda niestety znów nie dopisuje, jest pochmurno i wieje silny wiatr. Zaglądamy we wszystkie zakamarki, w pewnym momencie musimy świecić telefonem żeby znaleźć drogę do wyjścia. Po powrocie do Hamy okazuje się, że trafiliśmy na Festiwal Wiosny - wszystko jest pieknie oświetlone, działa wiele fontann, wszędzie stragany ze świeżymi kwiatami, dzieci jeżdżą na wielbładach słowem jeden wielki piknik. Kolacje jemy w bardzo popularnej wśród Syryjczyków knajpce AliBaba. Po kolacji oczywiście przepyszne arabskie ciasta a także próbujemy lokalnej specjalności - czegoś w rodzaju przeraźliwie słodkich naleśników.

 

01.05.2007

 

Welcome to Jordan - to często jedyny zwrot używany po angielsku przez miejscowych.
Gdy piszę te słowa z ulicy dobiega łoskot zamykanych witryn sklepowych a przecież jest dopiero 8.30. Cóż, Ammam chodzi wcześniej spać niż Damaszek.
TIP: Naucz się przynajmniej arabskich cyfr - na jordańskich monetach nie ma ich innej wersji. Na szczęście Anita opanowała to już w Syrii.
Ale po kolei:
O 4 rano wyrwał nas ze snu głos muezzina. Był naprawdę blisko. Z okna widać chyba z dziesięć minaretów. Rano zjedliśmy śniadanie w pobliskiej piekarni - pyszne minipizze po 10SYP. Potem jeszcze raz obejrzeliśmy główną atrakcję Hamy - olbrzymie norie czyli drewniane koła podające wodą do akweduktu. Tu są one największe na świecie, mają średnicę prawie dwudziestu metrów. Po zakupie prowiantu na niewielkim targu pojechaliśmy na dworzec (taxi 30SYP). O 11 autobus do Damaszku, niestety jeździ on na dworzec Harasta i musieliśmy jeszcze przejechać service-taxi na Baramke.
Kupiliśmy bilety na autobus do Ammanu (350SYP). Pozostałą do odjazdu godzinę spędziliśmy jedząć obiad w okolicach hotelu Sultan. O 15 odjechaliśmy z Damaszku. Po około 2 godzinach jazdy dojechaliśmy do Nassib, gdzie znajduje się syryjsko-jordańskie przejście graniczne. Wiza kosztuje 10JD ("dżejdi" jak mówią Jordańczycy). Piniądze można wymienić w kilku kantorach tuż obok budynku pograniczników. Za 100 dolarów otrzymaliśmy 70 dżejdi. Spotkaliśmy tu Słowaków, którzy mimo braku jakiejkolwiek informacji w paszporcie o pobycie w Izraelu zostali po raz drugi cofnięci przez Syryjczyków. Wywiad?
Wcześniej w autobusie jakaś kobieta obdarowuje Anitę zerwanym w czasie postoju kwiatkiem. Jak sie póżniej okazuje, to Palestynki, którym bardzo podobają się wybitnie niearabskie oczy Anity. Gawędzimy chwilkę, one wychwalaja poznanych w Londynie Polaków. Kolejne miłe chwile.
Około 19 jesteśmy w stolicy Jordanii. Wybieramy Palace Hotel (12JD ze śniadaniem - bardzo mocno polecamy). Wieczorem spacer po niemalże reprezentacyjnej King Hussein Str.

 

02.05.2007

 

Jakiś miły starszy pan negocjuje w naszym imieniu cenę taksówki na Wahadat station, miejsce z którego odjeżdżają, po zapełnieniu, minibusy do Wadi Musa. Już po 15 minutach jest nas na tyle dużo, że można ruszać. Po około trzech godzinach jesteśmy na miejscu. Wadi Musa to całkiem spore miasteczko położone na wzgórzach otaczających Petrę. Oglądamy najpierw Orient Gate Hotel (12JD - wydaje się w porządku), ale wybieramy Valentine Inn - 10JD za noc przy deklaracji, że zostajemy na dwie.W okolicach ronda jemy falafela i shoarmę. Około 16 za 10dinarów bierzemy taksówkę do oddalonej o 10 kilometrów Małej Petry. Zdecydowanie polecamy odwiedzenie tego miejsca! Niewielki kanion z wyżłobionymi schodami a nawet niewielkimi świątyniamijest niezłym przygotowaniem do odwiedzenia właściwej, "dużej" Petry nastepnego dnia. Wieczorem idziemy na jeszcze ciepłe ciasteczka i dalej do dolnej części Wadi Musa, położonej tuż przy wejściu na teren Petry. Tu też znajdują się najlepsze hotele.

 

03.05.2007

 

Valentine Inn organizuje darmowy przejazd do (o 7 i 8 rano) i z Petry (o 17 i 18). Mimo że to tylko 2 kilometry warto z niego skorzystać, szczegółnie po południu kiedy całodniowa wędrówka daje się mocno odczuć. W hotelu poprosiliśmy również o przygotowanie lunchpacków (2JD, sok, jogurt, chleb, serek topiony, ogórek, pomidor i batoniki). Oprócz tego należy mieć ze sobą odpowiedni zapas wody.
Startujemy o 7 rano. Bilet jednodniowy kosztuje 21 dinarów i jest to jedna z droższych atrakcji tego regionu. Po przejściu fajowym wąwozem (The Siq) nagle wyłania się Al Khazneh, Skarbiec, w którym nieustraszony Harrison Ford miotał się w poszukiwaniu Świętego Graala. Podobno najlepsze światło do zdjęć jest to około 9 rano, nie liczcie jednak na zdjęcie bez ludzi w kadrze.
Udajemy sie w kierunku The Holy Place. Większość wycieczek podchodzi tylko kawałek żeby obejrzeć panoramę, warto jedna podejśc do samej góry (około 40 minut)i przejść na stronę niemalże bezludnej Wadi Farasa. Cała Petra nie jest najlepiej oznakowana dlatego przydaje się najprostsza chociaż mapa. W okolicach niewielkiego muzeum jest restauracja, w której przeczekujemy największy upał. Następnie wspinamy się, tu już niestety wśród tłumów do Monastery, Świątyni znacznie przewyższającej ogromem Skarbiec. Po drodze warto w bocznym wąwozie obejrzeć Lion s Tomb, po południu jest tu trochę cienia. Coraz bardziej się chmurzy a gdy docieramy do Monastery zrywa sie silny wiatr niosący tumany piachu. Gdy docieramy do grobowców jestesmy już nieźle zmęczeni. Droga powrotna wiedzie również przez The Siq. O 17 razem z kilkunastoma osobami ruszamy na pace Nissana do hotelu. Wieczorem jemy niezłą pizzę w miasteczku.

 

04.05.2007

 

Uprzedzeni poprzedniego wieczoru przez właścicielkę Valentine Inn o małej ilości autobusów (piątek!) wstajemy juz o 6.40 i jemy zamówioen śniadanie (2JD). Gdy kończymy nagle pod hotel podjeżdża mikrobus i ze zdumieniem odkrywamy, że jedzie on prosto do Aqaby (4JD/os.). Czujemy w tym ręke właścicielki:). Po dwóch godzinach jesteśmy na miejscu. Wybieramy Moon Hotel (40JD, AC, TV - drogo!) - niedaleko placu z gigantyczną flagą. Hotel jest nieco zniszczony i obsługa jest niemiła. Ruszamy deptakiem wzdłuż nazwijmy to plaży. Korzystając z dnia wolnego tłumy Jordańczyków okupują dosłownie każdy skrawek zaśmieconego wąskiego paska piasku nad morzem. Dochodzimy do hotelu Movenpick. Bez trudu zostajemy wpuszczeni do środka (po przejściu przez bramkę i ręcznym sprawdzeniu plecaczka). Pijemy drinka i wpadamy na szatański pomysł skorzystania z pięknej hotelowej plaży. Wracamy do naszego hotelu po rzeczy i godzinę później mamy wakacje na wakacjach - czysty piasek, leżaczki, zimne drinki... Po 18 lądujemy w jakiejś hamburgerowni, gdzie chwilke gadamy z narzekającymi na słabe zarobki Filipinkami pracującymi w Jordanii na dwuletnm kontrakcie.
Aqaba jest typową pułapką turystyczną - jeśli nie mieszkasz w naprawdę dobrym hotelu z dostępem do własnej plaży w samym mieście nie masz czego szukać. Plaża miejska jest nieporozumieniem i nie jest to na pewno kurort w naszym rozumieniu. Z miasta widać odległy o kilka kilometrów Ejlat w Izraelu, myslę że to z tego powodu nad Aqabą łopocze olbrzymia flaga jordańska - widać ja stamtąd na pewno.

W dzień udaje nam sie skontaktować z polecanym na travelbicie Atieg iem (dzwoniąc z polskiej komórki wybierz +962 795 609 691), beduinem który ma swój camp w Wadi Rum i którego można polecać jako przewodnika po tym rejonie. Umawiamy się na następny dzień około 13 przy Visitors Center.

 

05.05.2007

 

Autobus Aqaba - Wadi Rum kosztuje 2JD. Sama jazda trwa niecałą godzinę, jednak oczekiwanie na zapełnienie wystawiło naszą cierpliwość na ciężką próbę. Po14 lądujemy w okolicach zadbanego Visitors Center w Wadi Rum. Atieg już nas oczekuje. Ustalamy cenę wycieczki na 35JD za osobę i wskakujemy do Nissana. Najpierw wizyta w Rum Village. Atieg pokazuje nam swój dom, chwali sie trójką dzieci. Pijemy herbatę, sprawdzamy pocztę na komputerze gospodarza i w drogę. Jeszcze tylko zakup zapasu wody w sklepiku i po chwili zjeżdżamy z asfaltu. Plan obejmuje wszystkie najwazniejsze atrakcje pustyn. Oglądamy źródło Lawrence a, rysunki naskalne wynaczające drogę karawanom, wdrapujemy się na czerwoną wydmę, korzystamy z cienia w okolicach domu w którym mieszkał Lawrence z Arabii. Dla mnie największą atrakcją jest skalny most, na który po wsazaniu drogi przez Atiega wdrapujemy się. Pustynia mieni się wieloma kolorami, w dalekiej okolicy widać maksymalnie 1-2 auta, można poczuć pustkę. Tuż przed zachodem słońca zjeżdżamy do obozu. Atieg jedzie po obiad, bo przy tak małej grupce nie opłaca się szykować kolacji w obozie. My w tym czasie wychodzimy na pobliską wydmę i obserwujemy znikające słońce. Po obfitej kolacji - frytki, ryż humus, sałatki, kurczak, różne sosy pomarańcze - Atieg obwieszcza, że wraca na noc do domu i zostajemy zupełnie sami w kompletnej ciszy pustyni. Szykujemy spanie pod gołym niebem, wczesniej beduin zapewnił nas, że dla skorpiona czy węża nie ma znaczenia czy śpi się w namiocie czy poza nim. Oj dawno nie widzieliśmy tylu gwiazd...Po kilku godzinach wschodzi księżyc i robi się zupełnie jasno. Niestety wieje dość silny wiatr który nie daje pospać.

 

06.05.2007

 

Po 5 rano jesteśmy juz na nogach. Po chwili nadjeżdża Atieg i przygotowuje proste śniadanie. Ruszamy przez pustynię w stronę maisteczka Wadi Rum. Tu odnajdujemy pusty jeszcze autobus, żegnamy sie z naszym przewodnikiem i ruszamy do Aqaby(2JD/os.). Około 8 jesteśmy na miejscu i tu popełniamy duży bład skuszeni szybkim odjazdem małego mikrobusa do Ammanu (4JD/os.). Koszmar, Wszyscy palą, na zewnątrz upał a gdy otworzy się okno wiatr urywa głowy. Jak się później okazuje w czasie postoju z klapy plecaka ktoś nam zwija czołówkę. Koło 12 jesteśmy na Wahadat w Ammanie. Znów korzystamy z gościny najlepszego hotelu na naszej trasie (Palace Hotel). Gdy szukamy czegoś do jedzenia przypadkiem natrafiamy na rewelacyjna i bajecznie tanią knajpkę, w której można zjeść właściwie tylko falafele - ale za to pyszne, z humusem i jeszcze jakimś sosem na bazie fasoli. Do tego na przegryzkę surowa cebulka:). Za to wszystko, razem z colą, ze zdumieniem płacimy tylko 1,8 JD za dwie osoby. Jeszcze na pożegnanie opijamy sie świeżymi sokami, kupujemy ciasteczka i wracamy do hotelu

 

07.05.2007

 

Tuż po 7 wsiadamy do zamówionej taksówki (12JD). Lotnisko leży prawie 40 km od Ammanu i trzeba się liczyć z tym planując dojazd. Ty razem lecimy Jordańczykiem który zaskakuje nas poziomem serwisu. Indywidualne monitorki w klasie ekonomicznej, dobre jedzenie i miła obsługa. Po niecałych czterech godzinach lotu jesteśmy w Wiedniu. Decydujemy sie podjechać do miasta (bezpośredni pociąg -CAT kosztuje 16€ i jedzie nie zatrzymując się nigdzie indziej do stacji Wien Mitte). Tu też można dokonać check-inu przed następnym etapem podróży. Oglądamy okolice katedry Św. Stefana, jemy obiad w jednej z urokliwych uliczek odchodzących od placu. Lot do Warszawy mija w mgnieniu oka i przed 22 otwieramy już drzwi naszego mieszkania.


W Syrii zaskakuje bezinteresowność i gotowość do niesienia pomocy mieszkańców. Jest tam niezwykle bezpiecznie, nawet późno w nocy w zupełnie ciemnych zaułkach. Palmyra zmieniła na plus nasze podejście do ruin, które okazały się interesujące. W Jordani najciekawszymi miejscami były oczywiście Petra (razem z Małą Petrą) i pustynia Wadi Rum. Oczywiście zdajemy sobie sprawę, że nasza krótka podróż to ledwie liźnięcie tego rejonu Bliskiego Wschodu, niemniej jednak zachowamy ją w pamięci z najlepszymi wspomnieniami.