Brak oglądanych wycieczek
 
 

Jesteśmy członkiem
Polskiej Izby
Turystycznej
 

Skontaktuj się z nami telefonicznie:
tel. 12 422 22 09
fax/tel. 12 421 23 21
tel. 22 389 72 96
tel. 71 710 46 49
tel. 58 664 56 56

lub porozmawiaj z kórymś z naszych konsultantów:

Anastazja

 

Rosyjska Północ [ANI]

Trzy miesiące na Rosyjskiej Północy

A po cóż ty dziecko jedziesz na tę Syberię?!

Nie na Syberię, tylko na Rosyjską Północ - tłumaczę cierpliwie - Nie, nie zjedzą mnie niedźwiedzie i nie będę mieszkać w igloo tylko w normalnym mieście. Elektryczność już tam dotarła, a nawet pociąg. A razem z pociągiem i ja. Chociaż większa frajda była na skuterach śnieżnych:)

Dla statystycznego Polaka Rosyjska Północ to pustkowie pokryte lodem i kośćmi mamutów. Wydaje mu się, że na północ od Petersburga rozciągają się nieprzebyte lasy i arktyczne śniegi. Tymczasem ja wyszłam z założenia, że skoro w położonej na tej samej szerokości geograficznej Finlandii ludzie jakoś żyją, to na sąsiedniej Rosyjskiej Północy też może być fajnie - i miałam rację.

Republika Karelii, obwód murmański, archangielski i wołogodzki to jednostki administracyjne wchodzące w skład Rosyjskiej Północy, która jest pojęciem bardziej kulturowym i historycznym niż geograficznym, choć wszystkie tereny zaliczane do Rosyjskiej Północy wykazują pewne cechy wspólne - masa czystych jezior (ponad 400 tysięcy skatalogowanych), bardzo rzadkie zaludnienie, gęste lasy i białe noce.

 

Za pierwszym razem pojechałam razem z wymianą studencką na uniwersytet w Pietrozawodsku. Pierwszy wyjazd to rzecz jasna rekonesans i nawiązywanie kontaktów. Przelecieliśmy się po muzeach i poznaliśmy miasto, które robi bardzo sympatyczne wrażenie. Położone na brzegu wielkiego i czystego jeziora Onega ma jedno z najpiękniejszych nabrzeży spacerowych, jakie w życiu widziałam. Wielkie sale uniwersyteckie i przestronne gabinety wywołały ukłucia zazdrości  w sercach krakowskich rusycystów na co dzień gnieżdżących się w średniowiecznych kanciapach. Z perspektywy mapy Pietrozawodsk to prowincjonalne miasteczko zagubione w północnych lasach, więc ze zdziwieniem oglądaliśmy piękne  teatry, kina, eleganckie kawiarnie i przestronne galerie handlowe, gdzie można zaopatrzyć się w garderobę z Mody Polskiej i kosmetyki Rive Gauche (gdzie diabeł nie może tam handlowca pośle:)). Na każdym kroku widzieliśmy nowoczesne lub w trakcie budowy hotele i mieszkania.

Gdy już napatrzyliśmy się na miasto, postanowiliśmy się wybrać na prowincję. W pierwszej kolejności  zwiedziliśmy słynny skansen Kiży, gdzie zebrano najwspanialsze zabytki architektury drewnianej, jakie przetrwały do naszych dni. I tu trzeba wyjaśnić kilka spraw. W pierwszym odruchu uznałam ten stereotyp o białych niedźwiedziach i lodowatym pustkowiu za krzywdzący, ale po pewnym czasie zrozumiałam, że ten właśnie stereotyp uratował unikalną kulturę Rosyjskiej Północy przed zniszczeniem. Komuniści, którzy w imię walki z religią burzyli zabytkowe cerkwie, na Północ rzadko się zapuszczali, jak wszyscy inni przekonani, że spotkają tu tylko renifery. Francuska moda wprowadzana przymusowo przez cara Piotra I też tu nie dotarła. Ba! Nawet Mongołów w XIII w. odstraszył surowy klimat. Efekt? Na Rosyjskiej Północy przetrwał w praktycznie niezmienionym stanie styl architektoniczny wywodzący się jeszcze z czasów staroruskich. Drewniana cerkiew o 22 kopułach wybudowana bez użycia gwoździ (tylko kilka maleńkich gwoździków zostało użytych do przytwierdzenia od spodu gontu na kopułach) i wielorodzinne domy z rzeźbionymi balustradami, ażurowymi okiennicami i koronkowymi okapami. W skansenie na wyspie Kiży można podziwiać geniusz niepiśmiennych rzemieślników, którzy mając do dyspozycji tylko las, siekierę i własną wyobraźnię, wybudowali cerkiew przypominającą pałac z Dinseylandu.

 

Następnie wyruszyliśmy na Wyspy Sołowieckie na Morzu Białym. Płynęliśmy "kometą" czyli taką ogromną motorówką na kilkadziesiąt osób, która wchodzi w ślizg i skacze po falach. Dopóki jest się zagłębionym w miękki fotel (a raczej wciśniętym przez prawa fizyki), dopóty nie odczuwa się szczególnych wrażeń. Ale jeśli pasażer zdecyduje się opuścić fotel, żeby np. przejść do przedniej oszklonej kabiny widokowej i napawać się widokiem, jak prujemy przez morze, to zaczyna się robić wesoło, bo okazuje się, że bardzo ciężko jest utrzymać równowagę. Na każdej fali kometa podskakuje, a razem z nią my. Robiąc przy tym duże kroki od jednego elementu, którego można się przytrzymać, do drugiego, nigdy nie można mieć pewności, gdzie się wyląduje. Na prawej ścianie, na lewej, na kolanach obcego pasażera... Bardzo śmieszne doświadczenie, o ile ktoś nie cierpi na chorobę lokomocyjną. Zwłaszcza, że załapaliśmy się na ostatni rejs przed zamknięciem trasy na czas jesiennych sztormów.    

Na Wyspach Sołowieckich zwiedziliśmy klasztor, niegdyś silny ośrodek duchowy, kulturowy i gospodarczy Północy, który odegrał dużą rolę w historii Rosji. Dziś, po wielu latach komunistycznej dewastacji, w zabytkowych soborach odradza się życie monastyczne. Trudno jednak zapomnieć o tym, że kiedyś były tu łagry, opisane później przez noblistę Sołżenicyna w książce "Archipelag GUŁag". Zaskoczyły nas obecność neolitycznych labiryntów, które można oglądać na wybrzeżach Wysp Sołowieckich, choć przed wyruszeniem na Wyspy Sołowieckie w okolicach Białomorska podziwialiśmy naskalne rysunki z około III tysiąclecia p.n.e.

Lata izolacji sprawiły, że przetrwało także wiele legend, bylin i pieśni, które miejscowa ludność przekazywała sobie ustnie z pokolenia na pokolenie. Mieliśmy okazję podziwiać miejscowy folklor podczas koncertu zespołu ludowego "Zaonieżska Izba" we wsi Wielikaja Guba na Zaonieżu. Jak sama nazwa wskazuje, Zaonieże to kraina umiejscowiona za jeziorem Onega. Niewielu ludzi mieszkających w drewnianych domkach nad brzegiem czystego jeziora otoczonego łąkami i lasami. Cisza, spokój i świadomość, że nic nie trzeba, nigdzie się nam nie spieszy. Człowiek zatrzymuje się i w ciszy zaczyna wreszcie słyszeć własne myśli, zagłuszane wcześniej przez szum wielkich miast i potoki informacji. Dochodzą do głosu pragnienia, tłamszone dotychczas przez nawał zadań, obowiązków, wymagań, celów. Słuchając tych myśli, odkrywając swoje pragnienia, człowiek zaczyna rozumieć, kim jest. Nie chciałam stamtąd wyjeżdżać. Chciałam zająć jakiś opustoszały drewniany domek z bali i spędzić resztę życia hodując marchewkę:) Ale wiza nam się kończyła, więc trzeba było wracać.

 

W Pietrozawodsku poznaliśmy panią Natalię Kopecką, prezes Stowarzyszenia Kultury Polskiej "Jadwiga". Trzeba bowiem zaznaczyć, że tereny Rosyjskiej Północy ze względu na swój surowy klimat były w XIX w. wykorzystywane jako miejsce zsyłek. Wielu Polaków trafiło do Karelii także w trakcie i po II wojnie światowej, gdy zostali po niewłaściwej stronie granicy, a Sowieci zamiast pozwolić im pojechać do Polski, przesiedlali ich gdzie popadło, żeby doszczętnie wymieszać różne narodowości i stworzyć "naród sowiecki". Ale nie z Polakami te numery, Stalin. Stowarzyszenie zaprosiło mnie na trzy miesiące, w trakcie których uczyłam potomków Polaków języka polskiego i uczestniczyłam we wszystkich świętach, jako swego rodzaju wyrocznia od polskich tradycji i obyczajów. Na przykład zorganizowałam wspólne malowanie jajek na Wielkanoc i pokazywałam, co powinno być w koszyczku. Uczyłam miejscowego kucharza robić bigos oraz pierogi z kapustą i grzybami. Świetnie się bawiłam i bardzo miło wspominam ten czas. Pietrozawodska Polonia bardzo ciepło się mną zajęła. Pomagali mi we wszystkich sprawach, oprowadzali po mieście, zabierali na koncerty, wycieczki za miasto, do restauracji. Zapraszali mnie do swoich domów, więc miałam szansę zobaczyć, jak naprawdę żyją ludzie na Rosyjskiej Północy. Nigdy nie zapomnę tych trzech miesięcy:)

Właściwie tylko jedna rzecz mi przeszkadzała - osławione białe noce. Tak, tak - białe noce, przeciwieństwo polarnej nocy, zjawisko występujące na Rosyjskiej Północy przez całe lato, a w Petersburgu tylko przez dwa tygodnie. Polega to na tym, że słońce nie zachodzi przez 24 h na dobę. Na początku człowiek popada w euforię. W nocy jest jasno jak w dzień, można chodzić po mieście, bez strachu, że w ciemnym zaułku czai się bandyta. Można wracać późno do domu, można imprezować na powietrzu całą noc, można czytać przy naturalnym świetle do rana, można żeglować po jeziorach bez ryzyka, że złapie nas zmrok itd. Nocy NIE ma. Jest tylko jeden, długi, trwający dwa miesiące dzień. Ale po mniej więcej dwóch tygodniach Europejczykowi "z południa" zaczyna doskwierać niewyspanie. Człowiek traci poczucie czasu i chodzi spać grubo po północy, gdy zegar mu przypomni, że już jest noc (bo za oknem jasno). Budzi się o 4 rano i nie może dalej spać, bo słońce wiszące wysoko na niebie przesyła do mózgu informację, że jest już późno. Rzut okiem na zegar - jest upiornie wcześnie. Organizm nie chce jednak przyjąć do wiadomości, że w tym klimacie pozycja słońca nie ma nic wspólnego z czasem i dalej nie śpi. W końcu rozwiązałam problem pożyczając od znajomych grube zasłony na okna i urządzając sobie wojenne zaciemnienie:). Dlatego jeśli ktoś wybiera się na Rosyjską Północ w lecie na dłużej niż dwa tygodnie, to koniecznie trzeba zabrać jakieś opaski na oczy, bo organizm pod wpływem słońca dostaje kręćka. Trzeba też zaopatrzyć się w miejscowe specyfiki odstraszające komary i zapoznać z miejscowymi środkami transportu -

 

Wszystkie te informacje, trasy turystyczne oraz galerię zdjęć znajdziecie na stronie www.rosyjska-polnoc.eu