Brak oglądanych wycieczek
 
 

Jesteśmy członkiem
Polskiej Izby
Turystycznej
 

Skontaktuj się z nami telefonicznie:
tel. 801 535 545
tel. 12 422 50 61
tel. 12 422 22 09

lub porozmawiaj z kórymś z naszych konsultantów:

Marta

 

Lwów - relacja z odrobiną konfabulacji [ANI]

Czwartek wieczorem

 

Okazało się, że biletów na pociąg do Lwowa brak. W prawdzie Pan w kasie powiedział, że może sprzedać ale nie gwarantuje, że nas wpuszczą do pociągu. Kupiliśmy bilety na autobus relacji Kraków - Lwów na 21.50… teoretyczny przyjazd był zaplanowany na 6.00 rano… na dworzec stryjski.

 

Kierowca.

 

Nasz kierowca był człowiekiem sierioznym… o jego powadze świadczyły długie buty z 3 rodzajów skóry, czego przynajmniej jedna kiedyś należała do węża. Nie tylko strój świadczył o powadze tego człowieka, ale i czyny.

 

Poproszony o włączenia światła do czytania odparł:

- centralnie wyłączone i że przeszkadza mu w prowadzniu…

 

O klimatyzację

- przecież innym może być zimno

 

O karteczki imgracyjne

- że jeszcze nie czas….

 

Tak więc jechaliśmy w oparach potu i kiełbasy.

 

Granica

 

Autokar gwałtownie zahamował. Naszym oczom ukazało jedno jedyne światło drogowe - czerwone. Staliśmy na poboczu. Paliliśmy. Nieliczni poczęli załatwiać długo wstrzymywane potrzeby fizjologiczne. Wróciliśmy do autokaru. Znowu paliliśmy. Więcej potrzeb zostało załatwionych. A światło wciąż nie chciało być inne niż czerwone.

Wreszcie ulga - zielone. Ale przejechał tylko autokar przed nami. Czerwone. Teraz byliśmy pierwsi w kolejce. Powtórzyliśmy rytuał na poboczu.

 

Ruszyliśmy. Żeby przejechać 200 m do pobliskiej karczmy "Rampa" już na granicy właściwej. Kierowca człowiek sieriozny rzucił krótko: 10 minut toalet po czym poszedł jeść.

 

Kierowca jadł my staliśmy. I znowu papierosy, nowość - herbata. Chwilę zastanawialiśmy się na nad nonsensem sytuacji bo sumie po co stać 1,5 przed granicą która gruncie rzeczy jest pusta. Snuliśmy teorie: może powodem jest bezgraniczy patriotyzm polskiej straży granicznej, bo przecież gdyby to wszystko sprawnie poszło to jeszcze nasi rodacy zamiast zakopanego czy Kołobrzegu jeszcze zaczęli by jeździć do galicyjskiego Lwowa. I tak mijał czas. Mój przyjaciel opowiadał o społeczeństwi militarnym i industrialnym. O represyjności etc etc.

Ruszyliśmy. Znowu żeby przejechać 15 m. Weszła  femme fatal polskiej służby celnej i zaczęła zbierać paszporty. Przy każdej odrobinę młodszej dziewczynie przystawała. Brała dokument i jakby waży go w ręce, miętoliła, stukała tipsem i długo milczą, że by w końcu ochrypłym głosem wyrzucić:

 

  - Swieeetłana taaaak??

 

Chyba miała nadzieje, że właśnie tym momencie nieszczęśniczka zapomni własnego imienia. Zacznie się motać. A Femme Fatal wreszcie wykryje jakiś niebotyczny międzynarodowy szwindel…

Nic takiego się nie stało, ale następna godzina minęła….

 

My wiąż PRZEKRACZALIŚMY granicę tym razem weszła ukraińska Femme Fatal sytuacja się powtórzyła tym razem kobieta napastowała polskich przystojnych turystów, ale zdecydowanie sprawniej niż jej polska odpowiedniczka.

Na Ukrainę wjechaliśmy o wschodzie słońca. I wtedy się zaczęło kierowca postanowił nadrobić stracony czas. Silnik wył. My pędziliśmy co chwilę podskakując na wybojach. Nie odpuszczał nikomu czy to marszrutce czy to innemu autokarowi. Na szczęście najbardziej niebezpieczny manewr - wyprzedzanie na trzeciego przynajmniej w teorii wydawał się nie możliwy bo na tej drodze po prostu więcej niż 2 samochody się nie mieściły. Tak nam się tylko wydawało.

 

Na horyzoncie pojawił się tir. Zaczęliśmy się do niego zbliżać. Tirowiec był sierozny, ale nasz kierowca też. Długo jechaliśmy równolegle, łeb w łeb.  Gdy tylko o metr wychylaliśmy się do przodu potężny diesel tira pokazywał nam nasze miejsce w szeregu. Tak pewnie by to trwało gdyby nie leżący policjant , który o mało nie urwał zawieszeń obu maszyn. Tir odpuścił, a my pędziliśmy dalej. To z lewej to poboczem to łamiąc wszelkie możliwe prawa fizyki bo przecież dwa autokary i ciężarówka nie mogły się zmieścić obok siebie. A jednak.

 

 

Poranek

 

Dzień rozpoczął się pięknie około 8 dotarliśmy na kwaterę do Pani Anny na ul. Jefremowa  w śródmieściu w pięknej starej kamienicy. W sumie myślałem o jakimś hotelu ale mój apodyktyczny przyjaciel Ziemowit szybko wytłumaczył nam, że we Lwowie sypia się tylko na kwaterach. Następnie Ziemek zaczął zasypywać nas wizjami jak spędzić dzień, a my na każdą z nich chcąc nie chcąc skwapliwie przystawaliśmy - wspominałem że jest apodyktyczny. Na szczęście jest nie tylko apodyktyczny, ale także bardzo mądry i całkiem ciekawie próbuje planować nam czas.

 

Niestety jego myśli mkną szybciej niż u każdego normalnego człowieka, a każda wizja czasu płynnie przechodzi w inną zwykle kompletnie różną od poprzedniej zanim my zdążymy się ustosunkować do tej pierwszej. W efekcie zamiast je realizować po prostu siedzimy w Dzydze i czytamy książki. Wygląda to dość komicznie bo każdy z nas ma tą samą książkę (tak się złożyło - często ludzie w różnych miejscach wpadają na ten sam pomysł, idą do księgarni i pakują knigę do plecaka). I na słodkim próżniactwie mija dzień.

Muzeum. Udało nam się trafić do muzeum ale tylko dlatego że mój apodyktyczny przyjaciel pomylił je z teatrem. Wspomnę, iż w kasie tegoż muzeum długo domagał się biletów na wieczorną sztukę wymachując legitymacją dziennikarska i żądając zniżki.

 

 

Mój dziadek dał by mi w mordę.

 

No tak tak. Wytrzaskał by mnie po pysku. Poszliśmy do Kryivki knajpy odwołującej się wystrojem do kryjówki UPA (przemiłych band dokonujących czystek etnicznych mim na terenie Bieszczad), pełnej zdjęć żołdaków i  flag UPA, do której nie wejdziesz, gdy nie wypowiesz hasła Sława Ukrainie . Ale drogi Św. P. Dziadku ja zajmuje się turystyką i powinienem bywać w miejscach popularnych chociażby dlatego, żeby potem odradzać je innym turystom.

I tak. Knajpa jak knajpa nic szczególnego. Wielkie to to, nudne i zadymione. A w dodatku tak popularne, że wogle miejsca nie było, żeby usiąść.

 

Więc spróbowaliśmy za 2 godziny. Wieczór wydawał się udamy. Nawet dosiadło się 2 dwóch prostolinijnych  lokalnych nacjonalistów. Po prostu z miną łasicy powiedział jeden:

 

 - Jest nas tylko dwóch i nam nudno. Czy możemy?

 

Zaprosiliśmy towarzyszy, żeby się dowiedzieć że Ukrainę potrzebą podzielić, że należy krew przelewać, że tylko to oczyści ich kraj. I wiele podobnych bredni. Kiedy chłopcy zaczęli rościć sobie prawa do Krakowa, że jakoby też powinien do Ukrainy należeć, koledze Ziemowitowi przyniesiono smażone i nie miłosiernie śmierdzące uszy świni postanowiliśmy pójść spać.

 

Lwów nocą.

 

Jeszcze parę lat temu na rynku po 22 można było ewentualnie w gębę dostać, a o wyjściu do fajnej knajpy należało myśleć dopiero po powrocie do Krakowa. Ale Lwów się zmienił. Teraz rynek żyje, huczy, grają koncerty, ogródki. Tańce i swawole. Nawet jest jedną świnia z którą z 1 hrywnę można zrobić sobie zdjęcie. Przynajmniej była do póki Ziemkowi nie podano smażonych uszu świnki.

Potem jej już nie widziałem.

 

Sobota

 

Od rana planujemy wycieczki a to do Żółkwi, a to do Stryja a to po lwowskich dzielnicach, ale czas biegnie a ja dalej w kuchni u pani Anny siedzę.

 

Wyszliśmy.

 

Przed dworcem lwowski wciąż roją się marszruty, taksówy i tramwaje. Postanowiliśmy pojechać do Żółkwi. Ola kazała wołać taksi. Wziąłem nas siebie negocjacje z taksówkarzem. Odniosłem sukces za 80 hrywien jedziemy do Żółkwi. Wsiedliśmy. Po około 5 minutach jazdy Ola przytomnie zapytała czy, aby na pewno jedziemy do Żółkwi za 80 hr. Okazało się że jednak rachunek wyniesie 150 hr. Szofer nie mógł nam logicznie wytłumaczyć gdzie  dojedziemy za 80 hr. Oburzeni  wysiedliśmy zostawiliśmy 20 hr.  Ziemek i Ola uznali, że jestem niemotą, że nie poradzę sobie w życiu i postanowili mnie adoptować.  Szliśmy jak te oszukane sieroty, gdzie w okolicy cyrku Ziemowit od niechcenia zatrzymał ładę. 120 hr i pojedziemy.

 

Bilans: 20 + 120 hr = 140 hrywien - 150 hrywien daje 10 hr zysku. Ubiliśmy dobry interes. A teraz na rynku w Żółkwi Ziemowit próbuje wyczyścić podkoszulek na który zleciał mu wielki kawał wiedeńskiego strudla, który raczył zaordynować.

 

Ola właśnie przekonuje Ziemka żeby przemalował sypialnie. Ola stawia ultimatum jak schudniesz 10 kilo to nie przemaluje sypialni. W końcu się założyli o weekend w Ostrawie że Ziemowit schudnie 10 kg a Ola - a nie powiem ile. Ważne, że przegrany stawia.

Tak miło się snuliśmy po Żółkwi bez jakiegoś konkretnego celu, aż w końcu wzieliśmy marszrutke i do Lwowa.

 

Moja ostatnia noc.

 

Nie. Nic spektakularnego. Ja rano wracam oni jadą do Odessy. Zazdroszczę trochę ale cóż. Opowiem tylko jednej fajnej knajpie PID ZOLOTOJU ROZOJU na rogu ul Starojevr i Fedorova. Restauracja proponuje kuchcie żydowską powiem że wyśmienitą do tego wina Krymskie i Izraelski. Ale najfajniejsze jest, że nie płaci się normalnie rachunku tylko się targuje cenę. Zresztą w karcie w ogóle nie ma cen. Po kolacji podchodzi kelner i pyta ile wg. Was warte jest to co zjedliście. Widziałem, że przy stoliku obok targi trwały 20-30 minut. W naszym przypadku krótko. Trochę z moje winy bo podałem za dużą stawkę (bardzo mi smakowało) a Pani kelnerka przemnożyła ją przez 2. Na szczęści mój apodyktyczny przyjaciel zażądał rachunku.

 

Zapłaciliśmy 270 hr za kolacje dla 2 osób z winem to około 120 zł więc nieźle.

Potem jeszcze butelka Bastardo w parku spać.

 

No i wracam.

Autobusem poprzysięgłem nie jeździć. Pociąg albo o 7 rano albo o 12 w nocy. Więc wybieram starą sprawdzoną metodę. Marszrutka do Szegini - granica na piechotę - pociąg z Przemyśla do Krakowa.

 

Od dziesięciu lat jest najszybszy i najtańszy sposób do tarcia i powrotu ze Lwowa. Wspomnę jeszcze, że przed wojną trasa Lwów - Krów zajmowała połowę mniej czasu niż teraz.

 

 tomek