Jesteśmy członkiem
Polskiej Izby
Turystycznej
 

Skontaktuj się z nami telefonicznie:
tel. 801 535 545
tel. 12 422 50 61
tel. 12 422 22 09

lub porozmawiaj z kórymś z naszych konsultantów:

Marta

 

INDIE [ANI]

Ewa Radomska

Ćaj, ćaj garam!"

Indie. Z dziennika podróży.

 

Moskwa, 8 sierpnia (wtorek) 2006 r.

Po przylocie z Warszawy. W restauracji Tag Majal na pierwszym piętrze lotniska. Mocna herbata Twinings of London. Zgiełk. Widok startujących i lądujących samolotów. Za godzinę wylot do Delhi. Mahatma Gandhi powiedział kiedyś: "Bądźcie zmianami, które chcecie zobaczyć". Pamiętam...

 

Delhi, 9 sierpnia (środa) 2006 r.

W samolocie siedziałam między Nadią, 39-letnią Rosjanką uczącą się od dwóch lat tańca hinduskiego w Delhi a około dziesięć lat młodszym Hindusem, który z mamą i siostrą wracał z krótkiego pobytu w Rzymie.

Lotnisko w Delhi. Odprawa paszportowa, bagaż, wymiana pieniędzy w State Bank of India. Opóźnienie naszego lotu o kilka godzin spowodowało, że niewielu spodziewało się wychodzących z lotniska podróżnych, właśnie o tej porze. Podeszłam do małej budki. Wewnątrz, na ścianie żółta tablica a na niej wypisana lista różnych miejsc w Delhi (hotele, ulice, główne zabytki) i cena przejazdu. Pre-paid taxi.

Wykupiłam kurs do Hotelu Ajanta w pobliżu dworca kolejowego New Delhi. Dostałam pokwitowanie, kawałek wilgotnej karteczki z numerem taksówki, którą miałam pojechać. Taksówka. Zbyt wiele powiedziane. Z pewnością nie była odpowiednikiem taksówek spotykanych na ulicach np. miast europejskich. Później, wracając z Agry do Delhi, jadąc na lotnisko z dworca kolejowego Nizamuddin miałam się przekonać, że taksówki jednak istnieją i mają nawet klimatyzację.

Wyjeżdżając z parkingu przy wyjściu z lotniska kierowca zatrzymał się jeszcze na chwilę przy mężczyźnie nachylonym nad grubą księgą. Jego praca polegała na wpisywaniu do niej numerów rejestracyjnych wyjeżdżających taksówek oraz miejsca docelowego. Podobnie, jak w Egipcie zauważyłam "sztucznie" tworzone miejsca pracy. Każdy zajęty był przypisaną mu czynnością chociaż jedna osoba mogłaby swobodnie zająć miejsce kilkunastu osób i poradzić sobie z obowiązkami.

Zmęczona przyglądałam się dowolności w traktowaniu zasad ruchu ulicznego. Na poboczach wyczekujący na autobusy, które zatrzymywały się, jeśli jeszcze było trochę miejsca wewnątrz a często zwyczajnie przejeżdżały obok, chyba, że ktoś chciał wysiąść. Duszno, wilgotno. 29 stopni C.

Kobiety ubrane w kolorowe sari. Barwniej w porównaniu do Egiptu i czadorów Arabek. Hindusi są zwykle czysto, schludnie ubrani. Kobiety w tradycyjnych strojach, mężczyźni "po europejsku". Zadziwiające zwłaszcza w konfrontacji z otoczeniem w jakim żyją.

Wszechogarniający brud, nieład i brak troski o estetykę, czystość. Na lotnisku - brudne szyby, podobnie w Hotelu Ajanta o czym przekonałam się później. Obsługa pokazała mi najdroższy pokój. Elegancki wystrój, czysta łazienka, klimatyzacja, ciepłe oświetlenie. W pokoju była nawet lodówka pełna butelek whisky. Szyby w oknach wychodzących na taras kleiły się od brudu.  

Olbrzymie natężenie ruchu, korki, wszyscy zmierzali do centrum miasta. Oszołomiona przyglądałam się wszystkiemu i stan ten nie opuszczał mnie przez kolejne dni. "Przełom" nastąpił dopiero w Waranasi. Otoczenie stało się naturalne a może to ja odnalazłam się w nim?

Po obu stronach drogi za dworcem kolejowym New Delhi niskie budynki a w nich sklepy, agencje turystyczne. Mnóstwo ludzi. Wjechaliśmy w wąską uliczkę, po około 100 metrach taksówka zatrzymała się przy budynku z szyldem Hotel Ajanta. Chyba tylko widok cudzoziemców a także już odczuwalne zmęczenie spowodowały, że zdecydowałam się wyjść. Liczna obsługa hotelowa. W recepcji pracowało około 6 osób. Hinduska w błękitnym sari powiedziała, że nie ma miejsc. Po chwili zmieniła zdanie. Obejrzałam jeden, później drugi wolny pokój. Łóżko, szafka z lampką nocną, wysoka, wąska szafa we wnęce, fotel, telewizor, okno z ciemnymi zasłonami, lustro, kosz na śmieci. Niewielka łazienka. Ważne, że jest. Wiatrak nad łóżkiem przymocowany do sufitu. Klimatyzacji nie było ale dodatkowy wiatrak na wodę, który w każdym z kolejnych hoteli wyłączałam (zbyt głośny). Wykąpałam się i położyłam. Spałam osiem godzin.

Było już ciemno, gdy się obudziłam. Zeszłam kupić wodę. Jedynym oświetleniem na uliczce były neony hotelowe czy żarówki w sklepikach zlokalizowanych we wnękach budynków. W procesie zakupu butelki wody uczestniczyło co najmniej pięć osób. Około 14-letni chłopiec wziął ode mnie pieniądze, dał sprzedawcy, który rozmawiał przez telefon a po chwili gdzieś znikł. W między czasie kolejny chłopak poszedł po butelkę schłodzonej wody. Wrócił, podał butelkę kolejnemu a ten mnie. Kilka innych osób przyglądało się.

Mało przestrzeni, dużo ludzi. Nie ma mowy o jakiejkolwiek prywatności w "naszym, europejskim rozumieniu". Wróciłam do hotelu. Zapłaciłam za noclegi. Zajrzałam do hotelowej restauracji. Młode małżeństwo Włochów kończyło jeść kolację, przy innym stoliku - liczna hinduska rodzina jadła, głośno o czymś rozmawiając, śmiejąc się. Koło mnie usiadło dwóch młodych Hindusów i Amerykanka. Zamówili Coca Colę. Nie zamienili ze sobą ani słowa. Przez cały ten czas wysyłali sms-y ze swoich telefonów komórkowych. Poprosiłam kelnera o kawę z mlekiem i bez cukru. Otrzymałam kawę ze słodkim mlekiem.

Ze smutnym Hindusem zajmującym się transportem umówiłam się, że następnego dnia rano przed hotelem czekać będzie na mnie autoriksza, którą dojadę do Czerwonego Fortu. 

 

Delhi, 10 sierpnia (czwartek) 2006 r.

Śniadanie w restauracji hotelowej. Jogurt (dahin), świeże kawałki mango, herbata masala i sok ananasowy. Autoriksza na mnie nie czekała. Smutny Hindus zapomniał. Nie wydawał się szczególnie przejęty a ja wiedziałam, że po przejściu kilku metrów pojawią się chętni aby zawieźć mnie "gdzie tylko będę chciała". Poszłam na dworzec kolejowy New Delhi. Bieda... "Są (wciąż jeszcze) na świecie ludzie tak głodni, że Bóg nie może im się objawić inaczej niż w postaci chleba" - zauważył kiedyś Mahatma Gandhi.

Zaniedbany hol dworca. Biuro rezerwacji biletów kolejowych dla obcokrajowców znalazłam na pierwszym piętrze. Przed ósmą. Chwila aby przyjrzeć się tablicy na której wypisane były wszystkie ważniejsze pociągi, ich numery, nazwy, stacje docelowe, godziny odjazdu i przyjazdu. Przydatne informacje do wypełnienia formularza bez którego nie jest możliwe kupno biletu. Pracownicy biura siedli przy swoich biurkach, włączyli komputery. Za nimi półki uginające się od teczek, stert papierów.

Widok jak na fotografii "Indyjscy biurokraci" Holendra - Jana Banning`a, które widziałam podczas wystawy World Press Photo`2004 w krakowskim Bunkrze Sztuki.

Usiadłam w fotelu czekając na swoją kolej. Po chwili zawołał mnie chłopak, spojrzał na formularz: Jaisalmer, JSM exp. Narysował mi kilka możliwości jakie dają hinduskie pociągi, wagony z kuszetkami 6 i 4 osobowymi z klimatyzacją. Słuchałam przez grzeczność. Nigdy dotychczas nie jechałam pociągiem w Indiach. Wybrałam przedział 4 - osobowy. Wyjazd z dworca kolejowego Old Delhi. Oznacza to konieczność wygospodarowania co najmniej dwóch godzin na dojazd w godzinach natężonego ruchu ulicznego. - "Pierwszy raz widzę przewodnik po Indiach w języku polskim" - powiedział biorąc go do ręki. -"Byłem w Europie" - dodał. Nie było trudno zgadnąć. W Wielkiej Brytanii. -"Gdyby Pani potrzebowała jakiejkolwiek pomocy - jestem. Proszę nie mieć oporów - pomogę" - dał mi kartkę ze swoim imieniem, nazwiskiem i numerem telefonu. Uśmiechnęłam się.

Czekając na rozmienienie pieniędzy usiałam obok dziewczyny  opartej o nieduży  plecak. Miała przymknięte powieki. - "Spóźniłam się na poranny pociąg jadący do Khajuraho, następny mam za trzy godziny" - rozpoczęła rozmowę w j. angielskim. Akcent wskazywał na to, że pochodzi z francuskojęzycznego kraju. Sophie urodziła się w Paryżu, tam też skończyła studia. -"Znudziła mnie ta "pusta europejska cywilizacja". Od półtora roku mieszkam na Reunion. Uczę muzyki. Przyjechałam do Indii korzystając z urlopu. W Khajuraho zamierzam spędzić parę dni, później jadę do Waranasi" - powiedziała. Chłopak przyniósł mi kilkadziesiąt rupii reszty za kupno biletu. Życzyłyśmy sobie dobrej podróży.

Przed budynkiem dworca, na krawędzi chodnika siedział szczupły, blady chłopak nerwowo palący papierosa. Kupował przede mną bilet. Niemiec. Zauważyłam, że trzęsły mu się dłonie. Spojrzał na mnie. -"Boję się" - usłyszałam. Zgasił niedopalonego papierosa. Odszedł szybkim krokiem.

Zaczęłam rozmawiać z jednym z kierowców autorikszy. Po chwili pojawiło się kilku kolejnych. Zawyżone ceny przejazdu. Pomiędzy mężczyznami rozgorzała dyskusja, kto ma mnie zawieźć do Czerwonego Fortu za "tak niską stawkę" jaką udało mi się wynegocjować. Czekałam.

Im bliżej celu przejazdu tym więcej policji, wojska. Ze względu na przygotowania do obchodów Dnia Niepodległości (15 sierpnia) - Fort był niedostępny dla zwiedzających.

Zdecydowałam się pójść do Jama Masjid (Wielkiego Meczetu). Weszłam w gwarną Chandni Chowk, główną ulicę Old Delhi mijając po drodze Digambara Jain - dżinijską świątynię. Obecnie działa w niej ptasi szpital prowadzony przez mnichów. Poboczem iść tzn. nie dać się przejechać licznym pojazdom. Towarzyszą temu zaciekawione spojrzenia przechodniów, właścicieli sklepików i straganów, zakładów naprawy rowerów. Skręciłam w Esplanade Rd. dochodząc do Meena Bazaar, gdzie wywołałam spore zainteresowanie grupki małych chłopców. Przyglądali się swoimi dużymi czarnymi oczami dziwiąc się, że można wyglądać inaczej niż ci, wśród których się wychowują, żyją, których znają. 

Weszłam do meczetu od strony południowej - szerokie schody prowadzą do imponującej bramy. Zapłaciłam za bilet (muzułmanie wchodzą za darmo). Zostawiłam obuwie. Rozgrzany dziedziniec meczetu, olbrzymi, może zmieścić 25 tysięcy osób. To największy meczet w całych Indiach. Budowany był w latach 1644 - 1658. Jest ostatnią kosztowną budowlą szacha Dżahana. Piękne cebulaste kopuły. Trzy wielkie bramy, cztery narożne wieże i dwie 40 - metrowe minarety. Ciekawe rozwiązanie architektoniczne Edwina Lutyensa. Projektując New Delhi umieścił w jednej linii: Wielki Meczet, Connaught Place i gmach parlamentu (Sansad Bhavan). Można to zobaczyć z południowego minaretu.

Wokół dziedzińca rodziny z dziećmi. Każdy szukał odrobiny cienia. Malcy nie odstępowali mnie na krok. Przegonił ich strażnik wywijając groźnie kijem bambusowym.

Po wyjściu na gwarną ulicę przed meczetem zatrzymałam się szukając wzrokiem wolnej autorikszy. Zjawił się wątły chłopak z rikszą rowerową. Dwóch chłopców robiło mi zdjęcia telefonami komórkowymi. Malcy, widząc, że mogą się przydać podbiegli usiłując wyjaśnić chłopakowi gdzie chcę dojechać. Wiedziałam, że do New Delhi riksze rowerowe nie mogą wjeżdżać. Podeszli policjanci. Przywołali autorikszę dwukrotnie powtarzając, że mam zapłacić kierowcy nie więcej niż 40 rupii. Zanotowali numer rejestracyjny pojazdu. Pomachali mi na pożegnanie uśmiechając się szeroko.

W kompleksie Humayun`s Tomb (Mauzoleum Humajuna) było wspaniale. Olbrzymia różnica wobec chaosu Old Delhi.

Odpoczywałam na zacienionej ławce przy jednej z alejek ogrodu otaczającego mauzoleum. Upał, jedynie wiejący wiatr dawał poczucie ulgi.

Mauzoleum zbudowano w połowie XVI wieku na polecenie Hudżi Begam, pochodzącej z Persji żony drugiego mogolskiego cesarza - Humajuna. Dzięki wysokim arkadom budowla wydaje się lżejsza. To charakterystyczny element wczesnego okresu architektury mogolskiej - oprócz kopuł i ogrodów. W obrębie kompleksu, w budowli z czerwono - białego (szarego) piaskowca i żółto - czarnego marmuru spoczywa także żona cesarza. W klasycznym perskim ogrodzie znajdują się inne grobowce, m.in. cesarskiego fryzjera.

Spokój, słyszałam jedynie kraczące wrony i odgłosy przejeżdżających pociągów. W pobliżu mieści się dworzec kolejowy Nizamuddin. Po trawie biegały zwinne małe, prążkowane wiewiórki.

Kolejną autorikszą pojechałam do Lodi Garden. Do ogrodów weszłam od strony Mueller Marg. Obejrzałam Bonsai Garden, grobowiec Sikandera Lodi (XVI w.) a tuż za nim - interesujący architektonicznie Bara Gumbad Masijd (ze stiukową dekoracją). Spokojnie, czysto, niewiele spacerujących osób.

Przy wyjściu "wynajęłam" autorikszę na dalsze zwiedzanie Delhi. Przemiły kierowca. Zatrzymywał się od czasu do czasu - albo napić się dźal dźira (orzeźwiający napój z sokiem z limonki, kminkiem, miętą i solą sprzedawany w glinianych naczynkach) albo porozmawiać przez telefon. Wytłumaczył mi później, że jest nieco zdenerwowany - "Żona jest w szpitalu, będziemy mieli bliźniaki".

Pojechaliśmy dalej Lodi Rd do grobowca Safdarjanga (XVIII w.). Grobowiec ten jest jednym z ostatnich przykładów budownictwa mogolskiego. Niedługo potem nastąpił upadek państwa wielkich Mogołów. Przy wejściu podbiegła do mnie czwórka dzieci. Jasne, niewinne spojrzenia. Znalazłam już nieco rozpuszczony batonik czekoladowy, który dała mi Nadia w samolocie. Dzieci były zachwycone. 

Kierowca z autorikszy, w między czasie "uciął sobie pogawędkę" z kolegą ale kiedy mnie zobaczył zostawił go, podszedł z uśmiechem. Jadąc Safdarjang Rd zatrzymaliśmy się przy Indira Gandhi Memorial.  Taki napis jest widoczny od strony ulicy ale ani słowa nie było o muzeum. Policjant pomógł mi wskazując wejście. Interesujące miejsce, bogate w rozmaite pamiątki po I. Gandhi (nie była spokrewniona z Mahatmą Gandhi, jak niektórzy uważają), w tym: zdjęcia z rodziną, gabinet pełen książek, pokój, w którym przyjmowała gości, polityków z całego świata, jadalnia. W szklanej gablocie: sari, buty i torebka, które miała na sobie w dniu zabójstwa. To był 1984 rok. Pamiętam, bo mama kilka dni później wylatywała do Indii.

Rano, 31 października 1984 roku I. Gandhi szła przez ogród na spotkanie z Peterem Ustinowem. Przygotowywał program telewizyjny o Indiach, spędził z panią premier kilka wcześniejszych dni. Przechodziła obok Beanta Singha, który stał w budce wartownika, powiedziała "namaste" (dzień dobry). Podniósł rewolwer, strzelił do niej pięć razy a towarzysz służby Beanta - Satwant (także sikh) dodał do niej serię z automatu. Asystenci i Sonia - zabrali Inidirę Gandhi do samochodu służbowego. Pojechali do Indyjskiego Instytutu Nauk Medycznych. Zmarła. W tym czasie - prezydent Indii, Giani Zail Singh (sikh) kończył wizytę w Sanie (Jemen) a syn Rajiv podróżował po Bengalu. Pogrzeb. Odbył się na błoniach nad rzeką Jamuną, gdzie wcześniej spalono zwłoki Mahatmy Gandhiego, J. Neru oraz syna Sańdźaja. Wokół stosu kremacyjnego pani Gandhi zbudowanego z 500 kg drzewa sandałowego śpiewano hymny ze wszystkich świętych ksiąg wszystkich wyznań Indii. Ciało zostało spalone a popioły, zamiast do Gangesu - trafiły w Himalaje.

Czym tłumaczy się zamordowanie I. Gandhi? To był "odwet za wcześniejszą nieprzemyślaną decyzję wysłania armii indyjskiej w celu usunięcia ze Złotej Świątyni w Amnitsarze uzbrojonych radykałów sikhijskich". Domagali się oni własnego państwa, które nazywałoby się Khalistan. W walkach między sikhami a wyznawcami hinduizmu zginęło ponad trzy tysiące osób (głównie sikhów, którzy padli ofiarą linczu). Ochroniarze I. Gandhi, którzy ją zamordowali byli właśnie sikhami.

Drugi syn Indira Ghandi - Radżiw (były pilot Indian Airlines), który został po niej premierem, również został zabity. W 1991 roku przez bojowniczkę Tamilskich Tygrysów - separatystycznego ugrupowania wojskowego na Sri Lance.

Sonia Gandhi (Włoszka), wdowa po Radżiwie została premierem w 1998 r.

Aktualnie, główne problemy podejmowane przez indyjskie media to: spory o Kaszmir między Indiami a Pakistanem a także ciągłe konflikty społeczne między hindusami a muzułmanami.

Zatrzymałam się na polityce, bo ciąg dalszy mojego zwiedzania New Delhi właśnie z nią był związany. Rajpath (Droga Królewska). Na szerokiej arterii - co roku, 26 stycznia (Święto Republiki, uchwalenie konstytucji) odbywa się parada. Przejechaliśmy obok Rashtrapati Bhavan - pałacu prezydenckiego łączącego architektonicznie styl mogolski i europejski. W oddali widok łuku triumfalnego - India Gate. Na Bramie Indii umieszczono 85 tys. nazwisk żołnierzy indyjskich poległych w czasie pierwszej wojny światowej oraz wojny angielsko - afgańskiej (1919 r.). Obejrzałam Sansad Bhavan - budynek parlamentu (rotunda otoczona kolumnadą). 

Wjeżdżając na Connaught Place poprosiłam kierowcę abyśmy zatrzymali się przy Rajiv Chowk i tam też się rozstaliśmy. Zajrzałam do United Coffee House, typowo hinduskiej restauracji, Willis (sklep z odzieżą). Wracając do hotelu Ajanta minęłam kino Plaza, weszłam w Chelmsford Rd mijając dworzec kolejowy New Delhi, idąc pomiędzy ludźmi, rikszami rowerowymi, autorikszami, autobusami, krowami, choć tych jest tutaj coraz mniej.

Władze miejskie w Delhi, od lat bezskutecznie walczące z wałęsającymi się po mieście świętymi krowami mają płacić każdemu 2000 rupii za schwytanie krowy i odprowadzenie jej do specjalnych podmiejskich schronisk.  Decyzję taką podjął sąd w Delhi (2005 r.), uznając, że krowy stanowią zagrożenie dla ruchu. Część wałęsających się po mieście krów to zwierzęta będące własnością małych mleczarni. Właściciele, by nie karmić zwierząt - wypuszczają je na ulice, gdzie same muszą zadbać o pożywienie - dewastując przy tym stragany, żywiąc się odpadkami.      

 

Delhi, 11 sierpnia (piątek) 2006 r.

Święto Niepodległości to cztery dni wolnego dla Hindusów. W prasie oferty wyjazdów weekendowych. Wyspałam się choć huk wiatraka zaczął mi przeszkadzać i wyłączyłam go około 5 nad ranem. Spakowałam się, zaniosłam plecak do przechowania, do czasu przejazdu na dworzec kolejowy Old Delhi. Ulica rozgrzana od upału. Zamieciona Chelmsford Rd. Trędowaci. Na poboczu spał chłopak z kikutami nóg. Przez przypadek znalazłam cafejkę Barista przy Connaught Place. Przejrzałam gazety, odetchnęłam od gorąca mimo, że w cafejce nie było klimatyzacji tylko wiatraki. Przy Janpath Rd zajrzałam do magazynu Central Cottage Industries Emporium. Kupiłam balsamy i olejki do ciała z drzewa sandałowego a także kaszmirską herbatę. 

Na dworzec kolejowy Old Delhi dojechałam autorikszą, zmieniając na kolejną po tym, jak kierowca pierwszej po drodze zmienił zdanie i zażądał nieprawdopodobnej ceny z przejazd. Przy wejściu bramki, kontrola. Czysto. Czekając na pociąg (spóźniony) usiadłam pod tablicą informującą o przyjazdach i odjazdach pociągów. Wokół mnie po chwili znalazło się kilkanaście osób wpatrując się, nie spuszczając wzroku. Meczące. Peron 18. Wagon III klasy, za metalowymi prętami w oknach widziałam tłum pasażerów. Przeszłam dalej. Na wydruku przytwierdzonym do wagonu znalazłam swoje imię i nazwisko a także numer kuszetki.

 

Delhi - Jaisalmer, 11/12 sierpnia (piątek/sobota) 2006 r.

W pociągu już prawie 17 godzinę. Poznałam podróżujących samotnie: Petera ze Stanów Zjednoczonych i Monique z Francji. 

Peter. Pełen entuzjazmu i ciepła emanującego wokół - doktor, asystent profesora w naukach społecznych w BMCC - Borough of Manhattan Community College w The City University of New York. Pomaga także studentom w ramach działającego przy Uniwersytecie - centrum psychologicznego. - "Uwielbiam swoją pracę za niezależność jaką mi daje i ... długie wakacje podczas których podróżuję". Pisze wiersze i eseje z podróży. W Indiach uwielbia Ledah i Waranasi, gdzie znajduje "prawdziwe życie ludzi". Kiedy - podczas podróży, w Jaipurze - o drugiej w nocy Holendrzy świecili nam po twarzach latarką szukając swoich miejsc - bez chwili namysłu zabrał swoje rzeczy, pościel i przeniósł się na miejsce Monique (ona spała na jego). Od samego rana biegał zadowolony po wagonie, notował, czytał "Rozwój i wolność" Amartya Sen, Noblisty. Sen urodził się w Indiach lecz mieszkał w Wielkiej Brytanii. Został wyróżniony za wkład w tzw. ekonomię dobrobytu. Kilka jego pomysłów udało się z dobrym skutkiem wprowadzić w życie w Indiach.

Monique. Pracuje w szkole architektury w Paryżu, tam też mieszka. Już wielokrotnie wcześniej podróżowała po Indiach. Z Jaisalmeru, gdzie zamierzała zatrzymać się kilka dni jechała do Bombaju spędzić czas z przyjacielem, producentem filmowym.

Rozmawialiśmy o Europie Środkowej. Nie byli w Polsce. Peter zna jednak i to dość dobrze twórczość Czesława Miłosza. Monique: filmy Andrzeja Wajdy. Pojawił się także Jan Paweł II. Uznali, że "Solidarność" odegrała olbrzymią rolę dla zmian politycznych w Europie Środkowej. Peter nie miał opinii o Polsce. Zadawał mi wiele wnikliwych pytań. Monique, mająca znajomą, której rodzice są Polakami uznała: "Jesteście religijni". Z takim stwierdzeniem mam kłopot, bo zauważam zmiany w Polsce.

Wskazywaliśmy na podobieństwa i różnice między krajami europejskimi starając się znaleźć wyjaśnienie: co to znaczy być Europejczykiem? Monique dość krytycznie wyrażała się o muzułmanach mieszkających we Francji. -"Nie adoptują się, nie chcą. Noszenie chust przez dziewczynki czy kobiety dojrzałe to dla mnie prowokacja" - nie pogłębiała tematu.

Peter. Monique. Inteligentni, świadomi siebie i swoich celów.

 

Jaisalmer, po południu

Przyjechaliśmy po czternastej zaskoczeni, że napis na stacji kolejowej to nasza stacja docelowa. Pożegnałam się z Holendrami, Monique i Peterem. Wyszłam przed budynek dworca. Co za różnica wobec Delhi! Autoriksze ustawione w kolejce, w pobliżu stojący w równym rzędzie właściciele lub pracownicy hoteli z tablicami informującymi o nazwie. Porządku pilnuje policja. Podeszłam do jednego policjanta pytając o Jaisal Palace. Wskazał na człowieka z tablicą, który okazało się później był właścicielem hotelu. Koledzy, konkurenci klepali go po plecach a ten wydawał się zadowolony. Mężczyzna wrzucił mój plecak z tyłu auta. Usiadłam obok dwóch dziewczyn z Anglii.

Menedżer hotelu nie krył zaskoczenia. "- Wielka Brytania? Polska? Ostatnio mamy "inwazję" Włochów i Hiszpanów"- powiedział. Każdy samochód wyjeżdżający z parkingu przy dworcu musi uiścić opłatę. Przy wejściu do fortu droga biegła w dół, wkrótce byliśmy już przed hotelem z żółtego/ złotego piaskowca. Obejrzałam kilka pokoi. Wybrałam 109 z łazienką, balkonem i widokiem na fort. Menedżer pokazał nam taras na dachu, wspaniałe widoki na miasto, pustynię. Zeszłam do recepcji spełnić zadość hinduskiej biurokracji. Wykąpałam się. Od czasu do czasu zaglądam przez okno na zewnątrz, puste, pustynne krajobrazy z drzewkami gdzieniegdzie.

Jaisalmer - miasto jak z Baśni Tysiąca i Jednej Nocy. Zostało założone w XII w. (1156 r.). Dzięki położeniu na szlaku karawan z Indii do Azji Środkowej szybko się bogaciło. Kupcy i mieszkańcy zbudowali tutaj wiele wystawnych domów i rezydencji. Powstanie portu w Bombaju, rozkwit żeglugi morskiej - stały się przyczyną powolnego spadku znaczenia Jaisalmeru. Podział Indii na stany i zlikwidowanie szlaków handlowych przez Pakistan spowodowało jeszcze większe zubożenie mieszkańców. Brak wody pitnej ale także wojny między Indiami a Pakistanem (1965 r. I 1971 r.) wpłynęły na zmniejszenie znaczenia strategicznego Jaisalmeru.

Z hotelu poszłam w kierunku fortu. W pobliżu targu owocowego i warzywnego Shatia Market spotkałam właściciela hotelu. Wspomniał o safari.

Fort zbudowany w 1156 r. przez radżpuckiego władcę Dżajsala, a następnie umocniony przez jego sukcesorów - znajduje się na szczycie 80 metrowego wzgórza Trikuta. ¼ mieszkańców (spośród około 58 tys.) ma swoje mieszkania w obrębie murów, przy których jest aż 99 bastionów.

Usiadłam w restauracji na dachu - Ristorante Italiano La Purezza z widokiem na zachodnią część miasta i pustynię. Mieści się na terenie fortu, na końcu wąskiej uliczki, za świątynią Surya. Strome schody, ciemne wąskie korytarze. Minęłam uchylone drzwi. Małe pomieszczenie, bez okna. Na ścianie obrazki a pod nimi włączony telewizor i dzieci wpatrzone w jego ekran. Siedziały na betonie. Obok - łóżko. Nic więcej. Miniaturowa, ciasna zabudowa. Tak żyje większość. "Czuć" wpływy arabskie.

Niebo było nieco zachmurzone, w oddali słyszałam klaksony autoriksz. Architektura "koronkowa", nigdy dotychczas czegoś podobnego nie widziałam. Wałęsające się po ulicach krowy, jakby uśpieni mieszkańcy, nie nagabują - zajęci swoimi sprawami.

Pokazałam kelnerowi, że restauracja rekomendowana jest w przewodniku Pascala. Powiedział mi, że działa od dziesięciu lat. Powstała jako "efekt" licznych podróży właściciela po krajach europejskich. Pierwszy ciepły posiłek od wczoraj. Właściwie nic nie jadłam oprócz migdałów Petera w pociągu, którymi hojnie mnie częstował.

 

Jaisalmer, 13 sierpnia (niedziela) 2006 r.

Negocjacje przy zakupie patchworków w patio przepięknego Patwon-ki-Haveli. Uzasadnieniem wysokich cen była "doskonała jakość", jak zapewniali sprzedawcy częstując mnie masala tea i rozkładając dziesiątki pledów. Siedząc w patio w oczekiwaniu na zmniejszenie jednej z narzut, która mi się spodobała a wydała się za duża - przyglądałam się wchodzącym i wychodzącym grupkom Włochów, rozmawiałam z przewodnikami. "Polityczne pytanie" - uśmiechnął się jeden z nich. Stwierdzenie wiązało się z moim pytaniem o konflikt pakistańsko - indyjski. Usłyszałam, podobnie jak kiedyś w Egipcie (chodziło o konflikt egipsko - izraelski): - "Ludzie są w porządku. To: polityka, władza, media". Przeszliśmy do dyskusji o Sonii Gandhi (jest ceniona w Indiach). Wspomniałam o wizycie w Delhi - Indira Gandhi Memorial Museum. Mężczyzna znał dokładną datę i okoliczności śmierci pani premier.

Tematy też "lżejsze". Dzieci, studenci zaczynają wakacje w połowie kwietnia. Trwają około półtora miesiąca. W dużej mierze determinowane jest to pogodą. Wtedy w Radżastanie, temperatura powietrza dochodzi do 50 stopni C. Drugi mężczyzna, przystojny Hindus -  przysiadł się po chwili. Manish jest przewodnikiem po Jaisalmerze w j. włoskim i j. francuskim. Zajmuje się również handlem, eksportuje produkty indyjskie na rynki: włoski i francuski. -"Lubię swoją pracę. Poznaję ludzi, różne  kultury i zwyczaje". Zaprosił mnie na herbatę do domu swoich rodziców.

Wróciłam do Jaisel Palace zostawić zakupy, w restauracji na dachu wypiłam lassi szafranowe i kawę. Menedżer przysiadł się rozrysowując na serwetce plan safari, m.in. do Khuri słynącej z pustynnych wydm i domków z gliny i piasku. Manish uznał, że "nie warto". Byłam już na safari w Egipcie. Nie pojechałam. Menedżer spoglądał wokół. -"Jadę na dworzec, za chwilę przyjedzie Jaisalmer Exp. Codziennie to samo. Konkurencja jest duża" - powiedział.

Wzmocniona kawą zanurzyłam się w wąskie uliczki u podnóża fortu. Szłam śladami małej grupki Francuzów do Nathmal-ki-Haveli, rezydencji z końca XIX w., należącej kiedyś do premiera. Wejścia strzegą słonie z piaskowca oraz Hindusi siedzący na schodach. Na uliczkach: krowy a przy wejściach do mieszkań - piorące kobiety. Poszłam dalej. Patwon-ki-Haveli przypomina koronkową konstrukcję z piaskowca w kolorze miodu. Budowla powstała w I połowie XIX w. (1800 - 1860 r.) z inicjatywy pięciu dżingijskich braci, którzy wzbogacili się na handlu biżuterią i delikatnymi brokatami. Z dachu haveli - wspaniały widok na fort. Francuz zrobił mi zdjęcie. Miasto jak z piasku powstałe.

Odpoczęłam aby wybierać się zobaczyć trzecią ze słynnych haveli - Salim Singh-ki-Haveli, zbudowaną około trzysta lat temu, w pobliżu wejścia do fortu. Kim był Salim Singh? Pełnił funkcję premiera, gdy w Jaisalmer była stolicą stanu książęcego. Dach zdobią podpórki w kształcie pawi. Później zajrzę do pałacu byłego maharadży, w forcie. Jego część jest udostępniona zwiedzającym.

  Wieczorem w forcie

Po obejrzeniu haveli spędziłam trochę czasu w hotelu. Zastanawiając się nad dojazdem następnego dnia do Jodhpuru rozważałam możliwości. Przejrzałam notatki. III klasa lokalnego pociągu zatrzymującego się na każdej stacji. Nowe doświadczenie. W Jodhpurze będę o 14.30. Większa część dnia w ścisku, upale, bez klimatyzacji. Przypomniała mi się podróż z wyspy Phuket do Nikhon si Thammarat w Tajlandii ale wtedy była to jazda lokalnym autobusem. Recepcjonista obiecał, że obudzi mnie przed szóstą rano, będzie także czekała autoriksza, którą dojadę na dworzec kolejowy.

Kiedy wyszłam z hotelu - ulice mokre były od padającego wcześniej deszczu. Nie mogło to trwać długo. Nic nie słyszałam. Niebo zachmurzone.

Niespodzianka. Po obejrzeniu kukiełek radżastańskich, za bramą fortu spostrzegłam idącego z przeciwnej strony Petera. Usiedliśmy na murku. Oboje z Monique zamieszkali w obrębie fortu. Monique w Jaisal Castle usytuowanym na wale obronnym z widokiem na pustynię a Peter w Killa Bhawan. Zdecydował się przenieść do Jahwas Niwas Palace, pałacu z piaskowca, około 1 km od fortu. -"Tutaj jest zbyt duszno. Tam mam chociaż basen i pływanie nabiera innego znaczenia" - żartował.

Poszliśmy do sklepiku, gdzie Monique wybierała patchworki. Peter znalazł sobie barwną chustę ale nie był przekonany do tego typu zakupów. Do safari także nie. Pokazał mi wyrysowaną trasę, poza szlakami turystycznymi. Nie miał zbyt wiele czasu. Parę dni i wracał do Delhi skąd od razu miał samolot do Nowego Jorku. Przemiły człowiek. Wesoły, otwarty, ciekawy świata, doskonały rozmówca i uważny słuchacz. Rozmawiając w pociągu czułam jego głębokie zainteresowanie sprawami społecznymi zwłaszcza w krajach słabo rozwiniętych i rozwijających się. Wymieniliśmy się adresami mailowymi, gdyby nie udało się nam spotkać. Monique nadal negocjowała ceny. Pożegnaliśmy się.

 Po rozstaniu z Peterem i Monique poszłam zwiedzić siedmiopiętrowy pałac. Mnóstwo "zakamarków", okna a z nich widok na miasto, na pustynię i jezioro Gadi Sagar niedaleko dworca kolejowego. Wokół nie ma żadnej zabudowy oprócz Jaisalmer Folklore Museum i Titon-ki-Pot. Ze szczytu pałacu - wspaniały widok. Zaczął padać deszcz. Intensywnie. Krótko. Na prośbę obsługi wpisałam się do księgi gości. Przejrzałam kilka kartek wcześniej. Żadnego śladu Polaków.

Podszedł do mnie chłopak. Zaczęliśmy rozmawiać. Jego ojciec jest lokalnym artystą. Pokazał mi sygnet, który po bliższym przyjrzeniu się zachwycał ilością symboli i precyzją wykonania. Praca nad jednym takim sygnetem trwa dwadzieścia dni. Nawet nie pytałam o cenę, żartując "szkoda, że nie jestem  żoną maharadży..." 

Odwiedziłam także sklepik, gdzie dzień wcześniej kupiłam pocztówki. -"Nie ma wujka, teraz ja jestem właścicielem sklepu" - zastrzegł od razu uroczy 12 - letni chłopiec. Oglądając ręcznie robione zeszyty z ekologicznego papieru i ozdobnymi okładkami z materiału z wyszytymi wzorami rozmawialiśmy. Cała rodzina chłopca mieszka w Jaisalmer oprócz siostry, która po wyjściu za mąż przeprowadziła się do Jodhpuru. -"Chodzę do prywatnej szkoły dlatego mogę rozmawiać w j. angielskim. Dzisiaj mam wolne i cały dzień jestem w sklepie. Zwykle przychodzę tutaj po lekcjach pomóc wujkowi. Zachęcam cudzoziemców aby zatrzymali się przy naszym sklepiku, weszli do środka. Mam duże sukcesy" - powiedział z dumą. Przyniósł mi herbatę a ja pomyślałam o dzieciach w jego wieku z przeciętnej europejskiej, polskiej rodziny. Chłopiec doskonale zna j. angielski dzięki kontaktom z cudzoziemcami, posiadł sztukę komunikacji i negocjacji, świetnie liczy.  

Zobaczyłam wiele w Jaisalmer. To spokojne miasto żyjące w dużej mierze z turystyki. Podróżujący kupują haftowane materiały, radżastańskie lusterka, pledy, koce, stare wyroby z kamienia oraz antyki. Baza hotelowa i restauracyjna jest dość bogata.

Najwięcej cudzoziemców widziałam - nie w typowo hinduskich barach czy restauracjach ale w tych "bardziej" europejskich, np. na tarasie Monica Restaurant (vis a vis głównego wejścia do fortu, na początku wąskiej uliczki prowadzącej do Salim Singh-ki-Haveli), w 8th July Restaurant (przy centralnym placu w forcie), w Refreshing Point Rooftop Restaurant (gdzie mieści się także mała niemiecka piekarnia ze specjalnością: rogaliki nadziewane czekoladą) czy we włoskiej restauracji La Purezza. W centrum Cabarete na Dominikanie była piekarnia i cukiernia francuskie. Sandwiche z bagietek, croissanty, "prawdziwa" kawa. Wszystko to przyciągało cudzoziemców jako bardziej znajome niż "niepewne" lokalne restauracyjki.     

W Jaisalmer znajduje się Bhang Shop mający rządową licencję na produkowanie wyrobów z dodatkiem marihuany (bhang). Można więc tu wypić lassi z dodatkiem marihuany czy zamówić ciastka i inne słodycze bhang.

Kiedyś w Genewie - po koncercie w L`Usine usiadłam ze znajomymi w kafejce. Zdziwiona byłam wysoką ceną apetycznie wyglądających ciastek. Koledzy śmiali się podając powód. 

Co można zjeść w restauracjach Jaisalmeru? Radżastańskie thali, kurczaka w sosie imbirowym, ziemniaki z groszkiem curry, sangwala z baraniny z kremem szpinakowym, mięsne tandoori thali, momos (knedle). Co wypić? Oprócz wszechobecnej coli czy pepsi, wodę mineralną, lassi: bananowe, szafranowe, z miodem (ect), masala tea. Herbata jest popularna w Indiach. Kawę mało kto pije a ta "po hindusku" jest dla wielu podróżujących zbyt słodka. Alkoholu i nietrzeźwych ludzi nie widziałam.   

 

Jaisalmer - Jodhpur, 14 sierpnia (poniedziałek) 2006 r.

Nie spałam dobrze ostatniej nocy. Wstałam około piątej rano. Zanim zgasło światło zdążyłam się wykąpać, spakować. Przestały działać wiatraki. Zrobiło się duszno. Otworzyłam drzwi balkonowe. Jeszcze ciemno. Po przeciwnej stronie ulicy siedziała trójka dzieci tylko w majtkach, z rozczochranymi, od dawna nie czesanymi włosami. Przyglądały się z zainteresowaniem. Na półce szafki z telewizorem znalazłam świeczkę, co oznacza, że braki w dostawie prądu zdarzają się często. Kwadrans przed szóstą zapukał do drzwi chłopak z obsługi aby mnie obudzić, tak jak wcześniej się umawialiśmy. Poprosiłam go o szklankę gorącej wody. Herbata brzoskwiniowa dodała mi energii.

W recepcji zostawiłam wiadomość dla Petera, informując go o wyjeździe do Jodhpuru, dziękując za wspólnie spędzone chwile. Pod hotelem czekała autoriksza. Puste i zaśmiecone uliczki Jaisalmeru. Przy bramie wejściowej do fortu zatrzymaliśmy się. Kierowca zawołał kolegę. Przesiedliśmy się do jego autorikszy. Pojechaliśmy inną drogą, krótszą. Fruwające papiery, inne odpadki zalegające na ulicach, stada krów, gdzieniegdzie siedzący mężczyźni, popijający herbatę. Na dworzec kolejowy dojechaliśmy na czas.

Jestem już w pociągu. Bilet kupiłam za niecałego 1 USD w okienku kasy na spokojnym dworcu kolejowym. Na peronie niewiele osób, kobiety w barwnych sari, dzieci. Wschodzi słońce. W wagonie - na siedzeniach, warstwa piachu. Jestem na skraju pustyni Thar.

Siedzę przy oknie z poziomymi prętami zamiast szyb. Za oknem, mężczyzna wpatrujący się w każde słowo, które piszę. To znajomy trzech radżastańskich kobiet, które usiadły naprzeciwko. Dzieci z pomalowanymi na czarno oczami, co ma chronić je od słońca. Tak tłumaczyła mi dzień wcześniej kobieta siedząca ze swoim miesięcznym dzieckiem przed wejściem do fortu, sprzedająca biżuterię.

Kobiety, w swoich strojach i z ozdobami, wyglądają niesamowicie. Hindus zza okna zniknął, ale od czasu do czasu pojawiają się inni, zatrzymują się, nic nie mówią tylko patrzą.

Czteroletni chłopczyk nie odrywa ode mnie wzroku. Spogląda dużymi czarnymi oczami. Na szyi ma zawieszony amulet (tzw. rakhi). Starsza kobieta żegnając się położyła dłonie na głowach kobiet i dzieci. Pociąg powoli rusza.    

W pewnym momencie policzyłam osoby wokół siebie: 24. Kobiety, mężczyźni, dzieci. Rodziny lub nieznajomi. Chyba nikt nie ma kontroli nad ilością sprzedawanych biletów bo podróżujących było wielokrotnie więcej niż powinno. Konduktorzy także nie przechodzili wiedząc pewnie, że i tak nie byłoby możliwe przeciśniecie się przez tłum.

Na stacji w Pokaran (albo w Phalodi) wsiadł sadhu z małym tobołkiem i laską bambusową. Stał się niewątpliwą atrakcją, nie tylko dla mnie ale także dla moich współpasażerów. Znalazło się dla niego miejsce. Na górnym łóżku przy przejściu. Odprawiał niezrozumiałe dla mnie rytuały, palił, śpiewał, pił wodę, wypluwał ją na pasażerów. Poruszenie ale i dobrotliwe śmiechy.

Na każdej stacji, z okien wagonów pociągu wystawały ręce z butelkami po napojach i okrzykami - prośbami o napełnienie ich wodą. Pod oknami zjawiali się sprzedawcy pakory, ćiapati, orzeszków i paluszków w mieszance ziołowej (masala). Na większych stacjach - grupki widzów. Miałam wrażenie, że przyszli tu jedynie po to aby poobserwować wysiadających, wsiadających. Kobiety z dziećmi na rękach podchodziły do okna za którym siedziałam. Prosiły o pogłaskanie ich dzieci. Na szczęście. Wysiadła także kobieta z chłopcem, którzy towarzyszyli mi w podróży od samego Jaisalmeru. Jej koleżanka (siostra?) jechała dalej. Na twarzach obu kobiet zauważyłam płynące łzy. Pożegnanie.

O ile konduktorów nie było o tyle problemów z chodzeniem od wagonu do wagonu, nie mięli sprzedawcy grzebieni, bzyczących muszek, herbaty, paluszków ziołowych. Pasażerowie, albo drzemali albo rozmawiali ze sobą. Nikt nie miał telefonu komórkowego, książki, gazety.

Moją uwagę zwrócił chłopczyk, który od Jaisalmeru wpatrywał się we mnie dużymi, smutnymi oczami. W koszulce miał kieszonkę a w niej swoje "skarby": ciastko, kilka orzeszków. Kiedy wysiadł z mamą na stacji a ta kupioną foliową torebkę orzeszków włożyła do torby podróżnej, otworzył ją, wsypał garść do swojej kieszonki. Matka nie zajmowała się nim raczej. Był już duży. Tylko te najmniejsze dzieci, do około trzech lat - przytulane są, całowane, rozpieszczane przez rodziców.

 

Jodhpur, po południu

Ponad ośmiogodzinna podróż z Jaisalmeru do Jodhpuru okazała się nie lada wyczynem. Po przybyciu do stacji docelowej, wysiadł tłum ludzi ze mną, mokrą od potu zmieszanego z piaskiem pustyni. Przejście wiaduktem nad torami do głównego holu dworca. Po drodze całe rodziny proszące o pieniądze. Kupiłam wodę i gorące ćapati, które dostałam zapakowane w gazetę. W holu siedzący, leżący. Po jednej stronie kasy biletowe, po drugiej International Tourist Bureau i choć powinno pracować od czwartej rano do północy, drzwi były zamknięte.

Wyszłam na zewnątrz. Zamiast autorikszy - nieco większe tempo, hałaśliwe pojazdy trójkołowe. Podeszłam do jednego z kierowców, po chwili pojawiło się trzech. Zmęczona popatrzyłam na nich mówiąc, że właśnie rozmawiam. Nie ruszyli się z miejsca.

Wąskie, brudne uliczki. Wjechaliśmy w ulicę handlową High Court Rd, stamtąd na Sador Market z Wieżą Zegarową i dalej w uliczkę do Shivam Paying Guest House.

Po mnie przyjechali dziewczyna z chłopakiem, prawdopodobnie Brytyjczyków. Weszliśmy. Nikogo nie było. Kierowca pobiegł na górę. Na "niby" recepcji zjawił się chłopak. Jego wyraz twarzy wskazywał na zdziwienie. Zapytałam o wolny pokój. -"Boli mnie żołądek" - odpowiedział i więcej go już nie zobaczyłam. Kierowca zszedł mówiąc, że za pięć minut przyjdzie właściciel, który spał właśnie. Miejsce "widmo". Dziewczyna ze swoim chłopakiem Fredem wyszli ze mną. Przy Makarana Mohalla, przed Haveli Guest House kierowca zatrzymał tempo. Były wolne miejsca. Kiedy weszłam do recepcji, w pokoju obok, przy stole siedziało czterech mężczyzn. Pili herbatę, czytali gazety i nie wykazywali żadnego zainteresowania, że właśnie ktoś przyszedł. Z holu korytarza podszedł do mnie chłopak z obsługi. Obejrzałam kilka pokoi.

Wybrałam pokój nr 8, tuż poniżej restauracji na dachu. Zza moskitiery usłyszałam: "Przepraszam panią. Wyłączę na chwilę wiatrak aby napełnić go wodą". Nie lubię tych wiatraków, więcej szumu robią niż dają schłodzone powietrze. Wykąpałam się, położyłam na dwie godziny.

Ciemno już było, gdy weszłam po stromych schodkach na dach. Tutaj mieści się restauracja, dwupoziomowa, zadbana, ze wspaniałymi widokami na miasto. Para Niemców, grupka starszych Włochów, Amerykanka czytająca książkę. Uśmiechnęłam się, gdy zamiast filiżanki kawy dostałam cały dzbanek. Lassi bananowe, uwielbiam.

Niebo - zachmurzone, w oddali - błyski. Dzieci puszczały latawce stojąc na dachach domów. Podświetlony, imponujący w swojej wielkości - fort Meherangarh stojący na skalnym wzgórzu. Powoli zaczęły zapalać się światła w domach.

Z różnych stron miasta - azan, nawoływanie muzzeinów do wieczornej modlitwy. Poczucie, jakbym była w jakimś kraju muzułmańskim.

Już wiem, jaka to budowla zrobiła na mnie olbrzymie wrażenie, kiedy dojeżdżaliśmy do pierwszej stacji Raika Bagh w Jodhpurze. W oddali. Umaid Bhawan. Ogromny pałac Umaida Singh - maharadży. Nazywany jest także pałacem z Chitar - ponieważ oprócz marmuru - do jego budowy użyto piaskowca z Chitaru. Budowę, według projektu prezesa Brytyjskiego Królewskiego Instytutu Architektów - rozpoczęto w 1929 r. Przez 15 lat pracowało na niej około trzech tysięcy robotników. Mieli zajęcie podczas suszy, jaka wtedy panowała. W 1947 r. zmarł maharadża Umaid. Jego następca zajmuje aktualnie część zabudowań. Pozostałe przeznaczono na hotel, kryty basen, kort tenisowy, salę bilardową, dwie restauracje. W zespole pałacowym mieści się także muzeum. Można w nim zobaczyć przedmioty należące kiedyś do maharadźy, m.in. broń, stare zegary, zegarki na łańcuszkach, trofea myśliwskie, porcelanę.

Jodhpur nazywany "błękitnym miastem" położony jest na skraju Wielkiej Pustyni Thar. U podnóża Fortu Meherangarh wznoszącego się na 120 metrowej skale - pomalowane na niebiesko domy. Mieszkają w nich bramini ale także przedstawiciele innych kast ozdabiają tym kolorem fasady domów. Ponoć kolor niebieski "odbija światło a także odstrasza komary".

Kolory...

Błękitny indygo to kolor Kryszny, pasterskiego boga - człowieka, to odcień "dopiero co uformowanych chmur, niosący mrok deszczu". W innych źródłach przeczytałam, że to kolor Wisznu. 

Kolory indyjskiej flagi także mają swe symboliczne znaczenie. Szafrnowy (pomarańczowy) to kolor hinduizmu. "Uosabia płomień, w którym giną wszelkie nieczystości, jest barwą joginów, którzy się wyrzekają przyjemności i żyją wstrzemięźliwie". Pomarańczowe turbany mają sadhu. Pomarańczowe są nagietki z których Hindusi robią naszyjniki kwiatowe. Często są nimi ozdobione bóstwa w świątyniach. Jak w filmie Miry Nair "Monsunowe wesele". W indyjskiej dzielnicy w Bangkoku widziałam na straganach takie naszyjniki.

Miasto Jodhpur założone zostało w II połowie XV w. (1459 r.) przez Rao Dżodha, przywódcę Rathorów, jednego z klanów radżpuckich. Podobnie, jak Jaisalmer - położone przy szlaku handlowym, bogaciło się na handlu opium, drzewem sandałowym, daktylami i miedzią. Następcy Rao Dżodha rządzili nie tylko w Jodhpurze, ale i w innych stanach książęcych. Marwar - Kraina Śmierci. Tak kiedyś nazywało się Królestwo Rathore. Co roku odbywają się obchody Marwar Festiwal. Jednego dnia w Jodhpurze, innego w Osiyan (przejeżdżałam przez tę miejscowość). To święto tańca i muzyki poświęcone radżastańskim bohaterom. Obecnie w mieście żyje około 846 tys. mieszkańców.

W forcie, za Żelaznymi Wrotami można zobaczyć odciski kobiecych dłoni - pozostawiły je wdowy po maharadży, które - zgodnie ze zwyczajem sati - spłonęły na stosie pogrzebowym męża. Praktyka sati - choć nie była szeroko rozpowszechniona, występowała dość regularnie w XVIII wieku w północnych regionach Indii, gdzie uznawano ją za "właściwy wybór dla owdowiałych kobiet z wyższych kast". Nadal, od czasu do czasu zdarzają się przypadki samospalenia kobiet.

Zaczął padać intensywny deszcz. Strumienie płynęły przez okienko przy suficie w łazience.

 

Jodhpur, 15 sierpnia (wtorek) 2006 r.

Przez całą noc była burza, grzmiało i kilkakrotnie wyłączane było światło, wiatraki. Grupa Włochów, wieczorem - dość szybko poszła do swoich pokoi niosąc świeczki. Do południa kropił deszcz a że większość mniejszych uliczek nie jest pokrytych asfaltem można sobie wyobrazić po czym i wokół czego się chodzi.

Zajrzałam do sklepiku z ręcznie robioną biżuterią. Chłopiec pokazał mi zdjęcia rodziny przy jej wytwarzaniu. Jodhpur słynie z bryczesów - spodni do jazdy konnej (jodhpurs), antyków. W Maharani Art Government Emporium - czteropoziomowym sklepie, można kupić rozmaite tkaniny a Mohanlal Verhomal obok Wieży Zegarowej sprzedaje przyprawy, w tym tzw. winter tonic (na wzmocnienie potencji, taka hinduska viagra).

Wsiadłam do tempo. Umówiłam się z kierowcą, że po podwiezieniu na dworzec kolejowy, zaczeka na mnie a ja w tym czasie kupię bilet i wrócimy na Sadar Market. Wtedy też miałam mu zapłacić. Nie spotkaliśmy się jednak więcej. Okazało się, że na dworcu, pod napisem International Tourist Bureau kryje się jedynie poczekalnia natomiast rezerwacja biletów jest w innym, wolno stojącym budynku w pobliżu poczty. Kiedy wróciłam, kierowcy już nie było.

W centrum rezerwacji i kupna biletów spędziłam dwie godziny. Do jednego okienka (dla cudzoziemców i kobiet) ustawiły się dwie kolejki. Klienci obsługiwani są "na przemian". Agresywny i pewny siebie, około 50-letni Irlandczyk prowokował młodego Hindusa krzycząc na niego. Tylko dlatego, że ten zajął miejsce starszej pani, prawdopodobnie matce. Stał w kolejce dla kobiet. Chłopak się nie odzywał. Z wypełnionym wcześniej druczkiem podeszłam do okienka. Nieco dalej doszło do bójki dwóch mężczyzn. Natychmiast zjawiła się policja. Kupiłam bilet do Jaipuru w II klasie Madhopur Intercity Exp. Miejsca numerowane ale czy pociąg będzie się różnił standardem od tego, jakim przyjechałam do Jodhpuru z Jaisalmeru?

Spacer do High Court Rd przez Nai Sarak na Sadar Market. Stragany z owocami, warzywami, przyprawami, tekstyliami. Oszołomiona wonią kadzidła o zapachu drzewa sandałowego.

Chodząc po ulicach hinduskich miast, obserwując ludzi - wciąż zadaję sobie pytania: Dlaczego jest tu tak biednie? Czy nic nie można z tym zrobić? Czy nie można jakoś pomóc tym ludziom? W większości żyją aby przetrwać, z dnia na dzień. Trudno wymagać czegokolwiek więcej.     

Wróciłam do hotelowej restauracji. Zjadłam koftę wegetariańską. Smażone kuleczki wypełnione ryżem z curry i rozdrobnionymi warzywami. Do tego sos.

Azan. Meczety muszą być zlokalizowane w różnych częściach miasta gdyż nawoływania na modlitwę słyszałam ze wszystkich stron. Nieprawdopodobnie duszno. Widok na fort, Wieżę Zegarową, Umaid Bhawan Palace, kopułki zaniedbanych świątyń hinduskich i dżinijskich, minarety i morze niebieskich budynków mieszkalnych. Odgłosy klaksonów. Wyszło słońce zza chmur. Także jakby więcej latawców pojawiło się na niebie. Kobiety prały, gotowały. Mężczyzna z kilofem pracował przy swoim domu. Od czasu do czasu siadał zmęczony, przecierał czoło dłonią.

Dzisiaj jest Dzień Niepodległości. 15 sierpnia 1947 r. Indie stały się niepodległe. Brytyjczycy się wycofali. Pozostały rozmaite problemy wynikłe na skutek podziału kraju, zwłaszcza w regionach przygranicznych.

Po wyborach w Wielkiej Brytanii (czerwiec 1946 r.) wygrała Partia Pracy a nowi polityczni przywódcy uświadomili sobie konieczność rozwiązania "problemu indyjskiego". Ogłoszenie niepodległości i suwerenności Indii miało pełne poparcie ze strony Wielkiej Brytanii. W Indiach natomiast istniały ogromne różnice polityczne dzielące dwie najważniejsze wtedy partie: Ligę Muzułmańską i Partię Kongresu. Liga Muzułmańska żądała "Indii podzielonych lub Indii zniszczonych". Partia Kongresu chciała uzyskania niepodległości i utrzymania całości terytorium kraju. W sierpniu 1946 r. doszło do masakry wyznawców hinduizmu w Kalkucie, co spowodowało odwetowe represje wobec muzułmanów. W lutym 1947 r. rząd brytyjski podjął decyzję o zmianach personalnych na stanowisku wicekróla. Louis Mountbatten przekonywał, że zjednoczone państwo byłoby najlepszym rozwiązaniem. Nie było zgody. Podjęto decyzję o podziale kraju. Sprawy administracyjne oraz ustalenie linii demarkacyjnej pomiędzy obydwoma państwami stały się priorytetowe. Mimo, że w pewnych regionach mieszkali wyłącznie hindusi lub muzułmanie to istniały tereny niejednolite etnicznie oraz enklawy zamieszkiwane przez wyznawców jednej religii i otoczone przez ludność należącą do drugiej. Dwa najważniejsze obszary zajmowane przez muzułmanów leżały po przeciwnych stronach kraju, tak że wschodnią i zachodnią część Pakistanu rozdzielałoby terytorium Indii. Musiało upłynąć dwadzieścia pięć lat, zanim Pakistan Wschodni stał się Bangladeszem.

Do wyznaczenia granic powołano niezależnego brytyjskiego negocjatora. Od wschodniego Bengalu - słynącego z uprawy juty - oderwano zamieszkałą głównie przez Hindusów - Kalkutę z dużym portem i fabrykami przerabiającymi ten surowiec. Na pozostałym terenie nie było ani fabryk ani portów.

Pendżab natomiast - zamieszkany przez muzułmanów, hindusów i sikhów - był jednym z najbogatszych i najbardziej żyznych w kraju. Sikhom nie udało się utworzyć własnego państwa. Niewiele więcej mogli zrobić niż tylko się przyglądać. Nowa granica rozdzielała dwa główne miasta Pendżabu: Lahaur i Amritsar.

Prędzej czy później te radykalne decyzje musiały doprowadzić do społecznych wybuchów w Pendżabie. Exodus. Ataki wyznawców trzech religii na siebie. Wojsko było bezradne. Dziesięć milionów osób zmieniło miejsce zamieszkania, dwieście pięćdziesiąt tysięcy zostało zamordowanych.

Kwestię wyznaczenia nowej granicy pomiędzy dwoma narodami komplikował fakt, że "państwa książęce" w brytyjskich Indiach były nominalnie niepodległe i suwerenne. Lokalni władcy mieli za zadanie opowiedzieć się, do którego państwa chcieliby należeć - do Indii czy Pakistanu. Przeważnie udawało się dojść do porozumienia.

Wyjątkiem stał się muzułmański Kaszmir, rządzony przez hinduskiego maharadżę. Ten nie potrafił dokonać wyboru. Zanim zdecydował o przyłączeniu do Indii - miała miejsce wojna indyjsko - pakistańska. Wojskom ONZ udało się pogodzić obie strony. Niemniej jednak "kwestia kaszmirska" długo pozostawała (i trwa to nadal) punktem spornym. Do chwili obecnej, Indie i Pakistan dzieli w tym miejscu linia demarkacyjna ale żadne z tych państw nie uznaje jej jako oficjalną granicę.

 

Słońce świeciło coraz mocniej. Z Wieży Zegarowej - dźwięk dzwonu. Na dachu restauracji i hotelu Maharani - grupka cudzoziemców fotografowała się. Dzieci wróciły na dachy ze swymi latawcami.

 

Jodhpur - Jaipur, 16 sierpnia (środa) 2006 r.

Za kwadrans ma czekać na mnie przed hotelem tempo. Przed szóstą mam pociąg do Jaipuru. Wstałam przed czwartą, dopakowałam plecak. Poprzedniego dnia, wieczorem poprosiłam obsługę o wyłączenie wiatraka zewnętrznego na wodę. Zeszłam na dół zapłacić za noclegi i jedzenie w restauracji. W pokoju obok recepcji, przy jasno oświetlonym stole siedziała tęga Hinduska w sari, z czerwonym bindi na czole. Zaczęli pojawiać się inni goście hotelowi. Znowu padał deszcz, nad miastem przeszła burza. Tym razem, tylko raz zgasło światło, przestał chodzić wiatrak. Nad ranem, przez chwilę była woda w kranach. Zdążyłam się umyć.

 

Jaipur, wieczorem

Co czuję? Przepełnia mnie dobra energia, lekkość. Taka ulotna chwila szczęścia. Życie składa się z takich momentów. Jest ich wiele każdego dnia. Wystarczy zatrzymać się. Dostrzec je.

Siedzę w restauracji na dachu Atithi Guest House. Cudowny zachód słońca, niebo jest pomarańczowe. Nawoływania mezzuinów do modlitwy, Śpiewy ze świątyń hinduskich. Mrok. Miasto rozświetlone jasnymi światłami, szum pojazdów na ulicach. Posiłek wegetariański, kawa. Absolutne wyciszenie. Więcej napiszę z pokoju, niewiele już widzę.

W Jodhpurze, o piątej rano - przed Haveli Guest House czekało na mnie tempo. Zostawiłam klucz do pokoju w recepcji. Nikogo nie było. Wiem już, że na pytanie "Ile zapłacę za przejazd?" odpowiedź jest często: "Ile Pani da". Tym razem nie widziałam potrzeby negocjacji. Negocjacje są jak gra a ta bywa zabawna jeśli tylko ma się wystarczająco dużo cierpliwości. Przejeżdżaliśmy przez ciemne, uśpione uliczki Jodhpuru. W okolicach dworca kolejowego zauważyłam śpiących na poboczach ulicy sadhu a już przed samym wejściem na dworzec, w holu i na peronach - tłumy śpiących, siedzących ludzi. Tempo zatrzymało się przy krawężniku, gdzie spał mężczyzna. Wysiadając, za bardzo nie miałam gdzie stanąć - olbrzymia kałuża albo mężczyzna. Wybrałam kałużę w której zanurzyłam się po kostki.

Przeszłam przez halę dworcową spoglądając na tablicę wyświetlającą numery i nazwy pociągów oraz godziny ich odjazdów i numery peronów. Wszystko w języku angielskim i w hindi. Na peronie pierwszym stał już Madhopur Intercity Exp. Zapach wymieszanego moczu, potu i zmęczenia. Obudzeni podchodzili do kranów z wodą aby obmyć twarz lub napełnić puste butelki. Kupiłam dwa placki z warzywami w środku (na ostro, o czym przekonałam się później, łzy wypełniały mi oczy) i czarną, gorącą herbatę bez cukru. Hindusi piją najczęściej herbatę z mlekiem, słodką - w małych glinianych pojemniczkach albo plastikowych kubeczkach. W pociągu płacili za nią czterokrotnie mniej niż cudzoziemcy.

"Przeskakując" przez śpiących (nie było możliwości przejścia obok), dzięki pomocy Hindusa znalazłam wagon S1 i swoje miejsce: 21. Intercity exp. Wygląda jak pociąg osobowy w Polsce. Brudna podłoga, jaskrawe światło. Żadnych przedziałów, siedzenia obite jakimś materiałem (w klasie III były to zwykłe drewniane ławki). Cena biletu z miejscówką to jakby cena przestrzeni, którą ma się tylko dla siebie w czasie podróży. Ważne, zwłaszcza tutaj, w zwykle zatłoczonych hinduskich pociągach.

Na kolejnych stacjach dosiadali się inni, ale widocznie jest zabronione zajmowanie miejsc w przejściu, gdyż tłoczyli się przy wejściach. Wokół sami Hindusi oprócz siedzącego naprzeciwko Koreańczyka. Jego plecak był prawie takiej samej wielkości jak on. O pierwszej w nocy, z Delhi miał samolot do Korei. Wracał po miesięcznej podróży po Indiach. Niepokoił się czy dotrze z Jaipuru do Delhi na czas.

Wykładowca fizyki. Zaimponował mi, nie tyle znajomością nazwiska Marii Skłodowskiej - Curie, co doskonałą wiedzą o przemianach w Europie Środkowej po upadku Muru Berlińskiego. Opowiedział mi o sytuacji, która mu się przydarzyła jadąc nocnym pociągiem z Jaisalmeru do Jodhpuru. Ukradli mu plecak. Nie przymocował go. -"Myślałem, że jak jest tak duży i ciężki, nikt go nawet nie podniesie. Usnąłem" - powiedział. Po przyjeździe do Jodhpuru zgłosił kradzież na policji. Po dwóch godzinach miał go z powrotem. Policjanci nie wyjaśnili niczego więcej.

Podróż do Jaipuru trwała niecałe sześć godzin. Nie było opóźnienia. Podczas podróży Koreańczyk spał. Pół godziny przed dotarciem do stacji docelowej, stanął w przejściu, przeciągał się a później usiadł w bezruchu. Wyłączył się. Medytował. Hindusi szeptali patrząc na niego, uśmiechali się. Podobnie jak Koreańczyk - stosuję tę samą metodę na "przywrócenie ciała i ducha do życia".

W czasie podróży przez wagon przeszli: sprzedawcy herbaty, orzeszków wprost z wiadra, kanapek (chleb tostowy z kotletem warzywnym w środku). Trędowaty chłopiec, nie mogący chodzić, wycierał podłogę, dotykał delikatnie stóp pasażerów prosząc o pieniądze. Mała dziewczynka w pełnym makijażu dała nam pokaz przechodzenia przez metalowe kółko. Z miseczką na pieniądze. Niewidomy mężczyzna szedł powoli opierając się o laską bambusową Za nim, drobna, pomarszczona staruszka.

Na dłużej zatrzymała się kobieta śpiewająca w hindi pieśń religijną. Na szyi miała zawieszoną walizeczkę, otwierany ołtarzyk z figurką Parvati wokół pomarańczowych nagietek, palącymi się kadzidłami i pojemniczkiem z czerwonym proszkiem kumkum. Dotknęła mojego czoła recytując sanskryckie wersy, mające zapewnić pogodę ducha i przychylność świata. Zostałam pobłogosławiona. Inni przyglądali się z zaciekawieniem mojej reakcji. Uśmiechałam się, dałam kobiecie kilka rupii. Pasażerowie spali, jedli, rozmawiali. Mężczyźni żuli batel (owoce nerkowca i jego liście, często z dodatkiem wapna), kobiety przeglądały kolorowe czasopisma. Dżija, 6-letnia dziewczynka podbiegała do mnie od czasu do czasu - śmiejąc się głośno.

Dworzec kolejowy w Jaipurze. Czysto. Wyszłam na zewnątrz mrużąc oczy od intensywnie świecącego słońca. Zapytałam policjanta, jak dostać się do hotelu Pearl Palace. Wskazał na małą budkę w pobliżu, której wcześniej nie zauważyłam. Pre-paid taxi. Pojawił się przy mnie chłopak. Powiedział mężczyźnie w budce, że on mnie zawiezie. Kierowca autorikszy. Okrężną drogą zawiózł mnie do dzielnicy domków jednorodzinnych i hoteli w ogrodach. Pokazał mi zeszyt z wpisami cudzoziemców, których wiózł. Podał swój numer telefonu, gdybym chciała aby obwiózł mnie po mieście. Odjechał. Poszłam do recepcji.

Brak wolnych miejsc. Miałam zanotowane nazwy dwóch innych hoteli. Wybór padł na Atithi Guest House pomiędzy Station Rd. i Mirza Ismail Rd, "pomiędzy" dworcem kolejowym a murami fortu. Pokój na drugim piętrze, przestronny, czysty, nieco niżej restauracja na dachu. Na dole, przy recepcji jest druga. Najlepszy pod względem standardu hotel, w jakim dotychczas nocowałam w Indiach. Wokół więcej nowoczesnych architektonicznie budynków, eleganckich hoteli.

Wyszła hotelu. Zanim doszłam do poczty głównej przy Mirza Ismail Rd. - handlowej ulicy Jaipuru - kilkanaście razy dziękowałam kierowcom autoriksz, riksz rowerowych za chęć podwiezienia mnie. Na poczcie wysłałam pocztówki napisane jeszcze w Jaisalmerze. Znaczki "z tygrysem". Wykorzystałam klej z olbrzymiego pudełka leżącego na stole obok stojących dwóch mężczyzn, wypełniali formularz CV. -"Moja siostra stara się o pracę" - usłyszałam od jednego z nich. Dwie Francuzki dokupowały znaczki.

Śpiewy ze świątyni hinduskiej. Trwa święto na cześć Lakszmi.

Natężenie ruchu i spalin przewyższa chyba kilkakrotnie dopuszczalne normy. Minęłam budynek słynnego kina Raj Mandir. Po przejściu przez Ajmer Gate do fortu byłam już zmęczona. Miasto jest ponoć najbardziej zatłoczone i zanieczyszczone ze wszystkich miejsc w Radżastanie.

Starówkę częściowo otaczają zakończone blankami mury z siedmioma bramami. Szerokie aleje dzielą "Różowe Miasto", jak nazywany jest Jaipur na równe prostokąty. W każdym z nich zlokalizowane są różnego rodzaju sklepy.

Różowe? To bardziej kolor ceglanej czerwieni. Miał rację Peter, który zwrócił na to uwagę. Uznał dodatkowo, że dla niego to "zbyt turystyczne" miasto. Trudno się z tym nie zgodzić. Od Tripoli Bazaar więcej zaułków. Po obu stronach alei - podcienia, sklepik przy sklepiku. Ruch, energia, mnóstwo ludzi. Jaipur jest przeludniony (2,32 mln mieszkańców).

Iswari Minar Swarga Sal (Minaret Przeszywający Niebo) był częściowo widoczny z Tripoli Bazaar. Świątynia powstała z rozkazu Iswari, syna Dżaj Singha. "Ten waleczny mąż wolał zadać sobie śmierć, niż stawić czoła przeważającej armii Marathy, a jego 21 żon i konkubin spłonęło dobrowolnie na stosie pogrzebowym" - przeczytałam w przewodniku.

Dzieci z woreczkami mithai, miętówek otoczonych w cukrze, towarzyszyły mi w drodze do City Palace. Minęłam Jantar Mantar (obserwatorium). Było już późno aby je zwiedzić. Zbliżał się czas zamknięcia. Zdecydowałam się wejść do miejskiego kompleksu pałacowego, stanowiącego mieszankę architektury radżastańskiej i mogolskiej. Wchodząc na plac z Mubarak Mahal (Pałacem Powitań z XIX w.) podeszło do mnie kilku przewodników oferujących swoje usługi (nie skorzystałam).

Przeszłam w kierunku Pałacu Maharani. Przy bramie powitali mnie strażnicy ubrani na biało, w czerwonych turbanach. Spore wrażenie - poprzez swoją harmonię - robi Diwan-i-Khas (Sala Audiencji Prywatnych) z galerią wykładaną marmurami. Imponujące żyrandole, dwa srebrne naczynia (wysokie na 1,6 m), w których maharadża Madho Singh II przewoził świętą wodę z Gangesu do Anglii. Syn dawnego maharadży wraz z rodziną mieszka w otaczającym dziedziniec Chandra Mahal ze wspaniałymi czterema bramami, w tym Pawią Bramą. Liczne, zorganizowane grupy turystów z Włoch i Japonii. Niestrudzeni fotografowie.

Wychodząc, weszłam jeszcze na piętro Mubarak Mahal. Pałac Powitań powstał z inicjatywy maharadży Sanaja Madho Singha II dla dygnitarzy odwiedzających Radżastan. Obecnie jest tutaj Muzeum Maharadży Sawaja Mana Singha II (Maharaja Sawai Mansingh II Museum) z kolekcją m.in. ubiorów królewskich. Niewielkie pomieszczenia. Nieprawdopodobnie duszne. Maharadża miał ... 108 żon.

Po wyjściu z kompleksu pałacowego chciałam pójść do Hawa Mahal (Pałacu Wiatrów) ale... Niebo stawało się coraz ciemniejsze. Zaczął padać deszcz. Tak intensywnie, że po chwili spływała strumieniami po ulicach. Za bramą znalazłam schronienie. Z pobliskiego placu, gdzie odbywały się właśnie obchody w ramach święta Lakszmi szybko szły kobiety w sari, dzieci, mężczyźni, wyjeżdżały autoriksze. Właściciele riksz rowerowych nie byli w stanie jechać. Ciągnęli je więc a siedzący na nich pasażerowie byli już zupełnie przemoczeni. Obok mnie, na ziemi spali dwaj mężczyźni. Inny - ciągnął pled z leżącą na nim trędowatą kobietą. Bliżej muru aby nie padał na nią deszcz. Nie miała nóg, kikuty obwiązane były brudnymi szmatami. Odsłonięty brzuch był cały w ranach nad którym fruwały muchy. Mężczyzna podłożył kobiecie plastikowy pojemnik pod głowę i odszedł. Kilku sikhów w białych turbanach,  młode Hinduski, mężczyzna z nogami chudymi jak zapałki.

Rozmawiałam z przemiłym chłopakiem. Ciepło i dobrotliwe spojrzenie oczu aż promieniały wokół. Był, jak pozostali na placu, świętować. Ubrany na biało. Lakszmi ukończył informatykę w Delhi, jest inżynierem. - "Jestem jedynym informatykiem, który tutaj pozostał. Wszyscy wyjechali do Bangalore" - żartował. Pracuje jako nauczyciel na uczelni  w Jaipurze. Ma trzech braci. Mieszka z rodzicami. -"Jak wyobrażasz sobie swoją przyszłość?" - zaskoczył mnie pytaniem. Do końca podróży, każda rozmowa z Hindusami dotyczyła "życia", "szczęścia", "przyszłości". Lakszmi uznał, że rozsyłam wokół "dobrą energię i dobro", sprawiam wrażenie szczęśliwej osoby.

Przestało padać. Podwinęłam nogawki dżinsów. Przeszliśmy z powrotem pod pałac. Lakszmi zatrzymał autorikszę. Pożegnaliśmy się serdecznie. Autoriksza miała dwóch kierowców: ojca i jego niepełnosprawnego, około dwudziestoletniego syna. Niby wiedzieli gdzie mamy jechać ale na rondzie, przy wyjeździe z Tripoli Bazaar zatrzymali się przy policjancie. Ten podszedł. Zamienili ze sobą kilka słów w hindi. Policjant spojrzał na mnie pogodnie mówiąc -"Oni nie wiedzą, gdzie Panią zawieźć". W połowie drogi... Ruszyliśmy dalej a z nami (przed, za, obok) setki innych pojazdów. Chandpol Rd Bazaar przebiegały stada małych osiołków. Na kilku siedzieli mężczyźni. Zatrzymaliśmy się na rogu Sansar Chandra Marg i Mirza Ismail Rd. Chłopak wysiadł także. Uśmiechnął się, uścisnęliśmy sobie dłonie. Pomóc, przygarnąć, zadbać - chciałby człowiek wiedząc, że takich ludzi są tysiące.

Wracając do hotelu kupiłam wodę, zatrzymywałam się przy bogato udekorowanych świątyniach hinduskich, malutkich jakby przydomowych. Girlandy, płonące światełka, zapach kadzideł, girlandy z nagietków i płatków róż. -"Rozmowa z kimś, kto jest Hindusem, zna tradycję, kraj - daje czasami  więcej niż obejrzenie kilku budynków zaznaczonych w przewodniku. Oczywiście, pod warunkiem, że kogoś interesuje naprawdę poznanie odwiedzanego kraju a nie tylko zewnętrzna fasada" - usłyszałam.

Kilka godzin rozmawiałam z młodym Hindusem pijąc herbatę i jedząc rava dosa - cienkie, chrupiące placki, przyrządzone z kaszy mannej, cebuli i papryki chili. Zaskoczył mnie pytaniem - stwierdzeniem: - "Wszyscy mówią o brutalnym islamie. Czy religia katolicka nie jest  fanatyczna? Zobacz, co dzieje się w Irlandii Północnej. Konflikt wcale nie jest tam zażegany". - "W Indiach współistnieją bez konfliktów różne religie, pomijając oczywiście Pendżab" - powiedział.

Chyba nie jest to jednak tak jednoznaczne. Czy czasami tych konfliktów "jawnych lub ukrytych" między wyznawcami hinduizmu a muzułmanami nie jest jednak coraz więcej w ostatnim czasie? 

Kiedy słyszę śpiewy z hinduskich świątyń i nawoływanie mezzuinów z minaretów mam poczucie symbiozy, istniejącej harmonii między wyznawcami obu religii. Czy to "zewnętrzna fasada"?     

Widziałam już wcześniej świątynię Govind Devji w pobliżu pałacu miejskiego. Przed wejściem, jak wszyscy zdjęłam buty, weszłam po schodach na nieduży dziedziniec. Mężczyźni i kobiety zawieszali girlandy z nagietków.      

Hindusi podchodzili do barierki, za którą ustawione były bóstwa hinduskie. Pochylali głowy, robili jakieś znaki. Symbole, znaki, kody, nie są mi jeszcze znane. Uczę się rozumieć.                  

 

Jaipur, 17 sierpnia (czwartek) 2006 r.

Duszno. W biurze rezerwacji biletów kolejowych - klimatyzacja. Na ekranach telewizorów: indyjskie videoklipy. Okienko nr 769: dla turystów zagranicznych, starszych ludzi, niepełnosprawnych, dziennikarzy i bojowników o wolność (freedom fighters). Zarezerwowałam i kupiłam bilet na przejazd Marudhar Expess do Waranasi jadącego z Jodhpuru. Bilet mam ale nie miejscówkę, jestem na liście oczekujących. Jutro rano rozstrzygnie się czy pojadę.

Z dworca pojechałam tempo pod Sanganeri Gate, mijając Ogrody Ram Niwas z imponującym pod względem architektonicznym Albert Hall. Mieści się w nim Central Museum zawierające ekspozycję związaną z historią naturalną, figury joginów w różnych pozach, wyroby grup etnicznych, kostiumy, rysunki i instrumenty muzyczne.

Minęłam bramę fortu, weszłam w aleję Johari Bazaar. Podcienia ze sklepikami. Zaniedbane budynki wzdłuż alei. Małpy przeskakują między dachami. Czarny słoń i dwóch mężczyzn na nim, pomiędzy rikszami rowerowymi, autorikszami, samochodami marki Tata, krowami, Hindusami ciągnącymi kramiki z bananami i małymi cytrynami, nazywanymi tutaj "limbu". Przy Hawa Mahal (Pałac Wiatrów) otoczyły mnie kobiety z dziećmi na rękach prosząc o pieniądze. Odeszły dopiero wtedy, gdy weszłam w Tripoli Bazaar.

Hawa Mahal stoi przy samej prawie ulicy. Przykład sztuki radżpuckiej. Maharadża Sawadż Pratap Singh zbudował ten pałac, by umożliwić damom ze swego otoczenia obserwowanie codziennego życia mieszkańców, a zwłaszcza przechodzących w dole procesji. Kobiety były niewidoczne.

Z głośników przymocowanych do słupów na ulicach dochodziły głośne śpiewy hinduskich pieśni religijnych, słyszane mimo ulicznego zgiełku, hałasu. Spacerując, zatrzymywałam się przy przyulicznych świątyniach. Skromnych zazwyczaj. W jednej, we wnęce, w centralnym miejscu - postać bóstwa z czerwoną, jakby zniekształconą twarzą (czy to bogini Kali?), obok kamienny posążek boskiej małpy Hanumana, girlandy z nagietek, palące się kadzidełka. W innej - przy wejściu, zawieszone dzwonki. Wchodzący uruchamiali je i dopiero potem podchodzili do figurek (posążków) bóstw. W zaaferowaniu codziennością, Hindusi znajdują mimo wszystko chwilę aby zatrzymać się, złożyć dłonie (jak do pacierza), pomodlić się, pocałować schody prowadzące do świątyni. Inni - wchodzą do środka, siadają, modlą się.

Zwiedzając hinduskie świątynie, obserwując Hindusów - można zgodzić się, że hinduizm wymyka się jednoznacznym definicjom. Nie ma ani założyciela, ani głównych władz, ani hierarchii, ani świętej (jednej) księgi, nie dąży do nawracania wyznawców innych religii. Około 82% mieszkańców Indii wyznaje hinduizm. Wierzą oni w Brahmana - wiecznego i nieskończonego. Wszystko, co istnieje jest jego uosobieniem, dlatego można swobodnie wybrać spośród nich własny obiekt kultu.

Istnieją oczywiście różnice między regionami. Czy można jednak wyodrębnić pewne wspólne cechy?

Hindusi wierzą, że życie ziemskie toczy się cyklicznie. Każdy rodzi się wciąż na nowo (proces zmiany tzw. samsary). Jakość powtórnych narodzin zależy od karmy w poprzednich wcieleniach. Żyjąc tak, aby wypełnić dharmę, i spełniając obowiązki, zyskuje się szansę narodzin w wyższej kaście i w lepszych warunkach. Nie będąc dobrym, gromadząc złą karmę można się narodzić w postaci zwierzęcia, a tylko człowiek ma możliwość osiągnięcia samoświadomości, by uciec z kręgu reinkarnacji i uzyskać wyzwolenie (mokszę).

Panteon bogów i bogiń jest w Indiach niezwykle liczny - święte księgi szacują liczbę bóstw na 330 mln. Wszystkie są uznawane za manifestację Brahmana. Wybór danego bóstwa na obiekt kultu i próśb to wynik osobistych decyzji. Wiąże się też często z tradycji lokalnej lub kastowej.

Indyjski figowiec, z którego popiół ma moc gładzenia grzechów symbolizuje Brahmana. Opisuje się go często w jednej z trzech postaci: Brahmy, Wisznu czy Śiwy.

Brahma nie ma postaci ani atrybutów. Wisznu (chroni i otacza opieką wszystko, co dobre na świecie. Zazwyczaj przedstawia się go z czterema ramionami, trzymającego w dłoniach: lotos, dysk i maczugę.

Lotos uważany jest za narodowy kwiat Indii. Środek lotosu odpowiada centrum wszechświata. Wszystko utrzymuje w całości łodyga. Delikatny lotos przypomina Hindusów, że ich życie powinno łączyć piękno i siłę.

Muszla symbolizuje kosmiczną wibrację z której emanuje cały wszechświat.

Małżonką Wisznu jest Lakszmi, bogini piękna i pomyślności a wierzchowcem: Geruda (pół ptak, pół zwierzę). Wisznu ma 22 wcielenia, m.in. Ramę, Krysznę, Buddę.

Śiwa to Niszczyciel, bez którego nie byłoby możliwe tworzenie. Jego rolę kreatora wyraża otoczony powszechną czcią falliczny symbol - linga. Śiwa ma wierzchowca. Jest to byk Nandi ("Radość"). Żoną Śiwy jest Parwati. Wyznawcy hinduizmu wierzą, że poślubili się pod mangowcem (symbolizuje miłość) - dlatego liśćmi mangowca dekoruje się namioty weselne (tzw. pandale).

OM to mantra (święte słowo lub sylaba) i jeden ze znaków otoczony przez Hindusów największą czcią. Trójka symbolizuje stworzenie, istnienie i zniszczenie wszechświata (a tym samym Brahmana w postaci: Brahmy, Wisznu, Śiwy). Odwrócony półksiężyc (tzw. chandra) oznacza wnioskujący umysł, a zamknięta w nim kropka (tzw. bindu) - Brahmana. Buddyści wierzą, że powtarzając tę mantrę wiele razy w całkowitym skupieniu, osiąga się stan pustki.

"Om mani padme hum" (Witaj klejnocie w kwiecie lotosu) to mantra tybetańska. Mantry (święte słowa lub sylaby) często są wykorzystywane przez buddystów i hindusów do wspomagania koncentracji.

Po obejrzeniu Hawa Mahal weszłam w Tripoli Bazaar mijając sprzedawcę lodu na wagę (klienci wkładali kawałki bezpośrednio do toreb na zakupy), mężczyzn nachylonych nad kotłami z wrzącą wodą i barwnikami (farbowali odzież).

Poszłam do Jantar Mantar, obserwatorium. Przy wejściu, sprzedawcy kapeluszy chroniących od słońca i przewodników. Wśród zwiedzających przeważają grupy Włochów prowadzeni przez przewodników doskonale władających j. włoskim. Budowę obserwatorium rozpoczął w 1728 r. Dzaj Singh II głęboko zainteresowany astronomią. Przed przystąpieniem do budowy - wysłał za granicę uczonych, aby zapoznali się z podobnymi obiektami w innych krajach. Dżaj wzniósł pięć obserwatoriów - to jaipurskie jest największe i najlepiej zachowane. Najstarsze (z 1724 r.) znajduje się w Delhi, pozostałe w Waranasi i Udżdżajnie. Piąte było w Mathurze, ale już nie istnieje.

Kolekcja ogromnych "rzeźb", każda ma swoje przeznaczenie. Służą m.in. do ustalania azymutu i pozycji gwiazd, określania dat zaćmienia słońca i wysokości nad poziomem morza. Weszłam po kamiennych, stromych schodach na szczyt zegara słonecznego z 27 m gnomonem. Cień, który rzuca, porusza się z prędkością nawet 4 m na godzinę. Z góry - wspaniały widok na pozostałe "rzeźby", Hawa Mahal, Tiger Fort (Nahargarh) w oddali, na wzgórzu i innych budynków przy alejach bazarowych.

Choti Chaupar. Skrzyżowanie. Kamienne schodki, hinduska świątynia, widok na okolicę - zgiełk uliczny, na minaret Iswari. Dzieci wracające ze szkoły zatrzymywały się przy straganach z usypanymi piramidami rodzynek w kolorze bursztynowym. Zgodnie z konstytucją, edukacja w Indiach jest obowiązkowa i bezpłatna (oprócz szkół prywatnych) do 14 roku życia. Zajęcia w szkołach prywatnych odbywają się zazwyczaj w j. angielskim, uchodzą za ekskluzywne i trafiają do nich głównie dzieci z najbogatszych rodzin. Według oficjalnych danych, do szkół indyjskich uczęszcza 2/3 dzieci. Nie jest to jednak prawdą. Spora część dzieci pojawia się w szkołach sporadycznie. Ponad połowa dzieci pochodzących ze wsi nie kończy szkoły. Indie nadal mają problem z istniejącym analfabetyzmem. Spis Powszechny z 2001 r. wykazał, że czytać i pisać umie około 65% ludności Indii, przy tym - więcej kobiet niż mężczyzn nie umie czytać i pisać.

Spacer Chandpol Bazaar i Station Rd (przy której stoi szpital a także dworzec autobusowy). W Ganpati Plaza znalazłam Pizza Hut. Klimatyzowane pomieszczenie, głośna muzyka. Młode pary hinduskie przytulające się do siebie, grupki Włochów, rodzina Anglików z dwójką dzieci. Pizza wegetariańska i woda. Odmiana. Przeczytałam w dzisiejszym wydaniu gazety, że (według ostatnich danych) spośród chorych na AIDS w Azji aż 60% mieszka w Indiach. Inne kraje zajmujące wysoką pozycję w tych statystykach to: Bangladesz, Pakistan, Sri Lanka. Raporty międzynarodowe nadal wskazują na mały postęp w dostępie do służby zdrowia w Indiach.

 

Chłonę Indie. To wymagający kraj.    

 

Hindusi, których spotykam sprawiają wrażenie wciąż czymś zajętych. Oprócz chwili na sen podczas godzin największego upału w ciągu dnia czy, jak w Jaisalmerze - gry w karty. To różnica wobec zachowania muzułmanów. W miastach egipskich czy nawet w Marsylii we Francji z liczną społecznością napływową z Algierii, Maroka, Tunezji widziałam grupki mężczyzn przesiadujących na ulicach przez większą część dnia, palących sziszę, pijących herbatę, przeglądających gazety, rozmawiających. 

Na bazarze, od strony ulicy, na podwyższeniu siedział "polewacz wody". Z różnych pojemników wylewał wodę przynoszoną przez dzieci na dłonie podchodzących ludzi. Obmywali twarze, zostawiali parę rupii.

Inny mężczyzna - siedział skupiony przy swoim miniaturowym warsztacie szewskim, wprost na chodniku. Igłą i dratwą zszywał mocno już sfatygowane buty, kilka innych par stało obok.

W pobliżu, chłopak obsługiwał urządzenie do wyciskania soku z trzciny cukrowej. Na ławeczce siadały zmęczone od upału kobiety trzymając szklanki wypełnione sokiem, delektując się jego smakiem.  

Wiele jest ulicznych kuchni. Placki z warzywami i rozmaitymi przyprawami. Pachnące. Niewielu widziałam jedzących mięso, większość to wegetarianie. W przeciwieństwie np. do Tajów uwielbiających i jedzących kurczaki przyrządzane na rozmaite sposoby. 

 

Jaipur - Waranasi, 18/19 sierpnia (piątek/sobota) 2006 r.

Padało przez całą noc. Restauracja na dachu - zamknięta. Zeszłam do tej przy recepcji. Gorąca kawa. Przy stolikach Hiszpanie, małżeństwo rozmawiające w j. niemieckim, chłopak robiący notatki. Przeglądam gazetę. Zdjęcie wezbranej wody w rzece w Ahmabadzie. Ostatnio ewakuowano tam około 100 osób, zagrożonych skutkami powodzi. Trochę polityki - o USA i Pakistanie, w dziale: gospodarka - o planach Warnera dotyczących produkcji filmów w Bombaju, co okazuje się perspektywiczne biorąc pod uwagę systematycznie rosnące wpływy z projekcji filmów hinduskich w Indiach, Wielkiej Brytanii, USA; w dziale: rozrywka - plotki o aktorach, wywiady z lokalnymi gwiazdami muzyki. Oferty pracy centrum edukacyjnego z Delhi - dla nauczyciela w szkole średniej z pensją ok. 6 tys. rupii/miesiąc, specjalisty ds. marketingu (ok. 12 tys. rupii/miesiąc), lekarza (ok. 20 tys. rupii/miesiąc). 

Wyszłam z hotelu. Chłopak z Pizza Hut, idący właśnie do pracy - zatrzymał się. Pytał czym się zajmuję. Marzy o studiach MBA a najlepiej za granicą. Po powrocie do Indii, z dyplomem zagranicznej uczelni zarabiałby po prostu więcej. Martwiły go wysokie koszty -"Nie stać mnie na studia w Wielkiej Brytanii czy USA".

Nie znalazłam Cyber Cafe przy Station Rd ale inną cafejkę internetową w mrocznym hoteliku. Małe pomieszczenia, wiatraki, wolne komputery. W e-mailach do znajomych wspomniałam o biedzie, jakiej nigdzie, w żadnym innym kraju, w którym byłam nie widziałam na tak dużą skalę.

Mam ze sobą "Karaoke Capitalism" Ridderstrale i Nordstrom`a. Piszą o nierównościach. Powołują się na słowa profesora Marion`a Nestle ("Science", 7.02.2003 r.): - "To wielka ironia medycyny XXI wieku: podczas gdy wieleset milionów ludzi na skutek rozwarstwienia społecznego, korupcji władz czy wojen nie ma wystarczającej ilości jedzenia, kolejnych wieleset jest tak otyłych, że zagrażają im ciężkie choroby związane z odżywianiem". Autorzy wskazują jednak na to, że w ciągu ostatniej dekady - generalnie spadła umieralność niemowląt, zwiększyły się możliwości zdobycia wykształcenia i spadł poziom ubóstwa. W ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat, PKB biedniejszych krajów rósł niemal tak szybko jak PKB krajów bogatych. Problem w tym, że ich populacja rosła równie szybko.

Według danych Banku Światowego i ONZ, odsetek populacji żyjącej za mniej niż 2 USD dziennie w ostatnich 30 latach zmniejszył się o około 20%. -"Możemy te statystyki interpretować na wiele różnych sposobów, ale każdy, kto spędził choćby godzinę w jednym z biednych krajów Azji, Afryki, Europy czy Ameryki Południowej, wie, że do zrobienia zostało bardzo wiele. Prosimy, by za to rozwarstwienie nie winić globalizacji. Zamiast tego należy winić ludzi - dyktatorów, watażków, skorumpowanych urzędników państwowych czy niekompetentnych administratorów"- uważają autorzy książki.     

Rezerwacja potwierdzona. Jadę do Waranasi. Przyjechał po mnie mężczyzna z autorikszą. Ten sam, który zawiózł mnie do centrum rezerwacji i z powrotem do Ganpati Plaza.

Na peronie dworca kolejowego w Jaipurze, stałam w pobliżu grupki Włochów. Wpatrzone w nas oczy Hindusów. Pociąg spóźnił się godzinę. Wagon A1, miejsce 43, 2-osobowy przedział, za zasłoną. Jechałam sama. Spoglądałam przez okno na pola, mijane miejscowości. W Agrze wsiadło sporo cudzoziemców. Przymocowałam bagaż. Udało mi się zasnąć.

W nocy zamarzyłam o herbacie wiedząc, że o tej porze raczej nikt nie przechodzi wagonami oferując herbatę. Cud się zdarzył. Usłyszałam donośne, jakby śpiewające: "Ćaj, ćaj garam!" (Herbata, gorąca herbata!). Pyszna herbata z kardamonem w glinianym pojemniczku.

Zanim przyjechaliśmy do Waranasi, policja turystyczna chodziła po wagonach z plikiem kartek. Wpisałam swoje imię i nazwisko, kraj pochodzenia, nazwę miasta skąd wyruszyłam w tę podróż i "OK" w rubryce: bagaż (czy nic się po drodze z nim nie stało; trasa: Agra - Waranasi słynie z częstych kradzieży bagażu).

Za oknem - padający deszcz. Pola i pracujący na nich ludzie. Gliniane chatki pokryte strzechą. Pomyślałam, że choć ludzie ci żyją w bardzo prostych warunkach, bez jakichkolwiek wygód, być może - z naszej, europejskiej perspektywy - uznalibyśmy nawet, że w nędzy - mają bardzo wiele: siebie. Truizm: bieda łączy ludzi. Tę łączność, bycie razem, pomaganie sobie - wciąż widzę. Paradoks ale im człowiek jest bogatszy, tym bardziej odgradza się od siebie, tym bardziej czuje pustkę i jest samotny. To choroba bogatych społeczeństw.

 

Waranasi, 19 sierpnia (sobota) 2006 r.

Podróż pociągiem z Jaipuru do Waranasi trwała prawie 18 godzin. Wysiadając poczułam wilgoć powietrza. Było duszno. Przeszłam wiaduktem nad peronami w kierunku hali dworca. Kierowcy autorikszy, pracownicy hoteli. Znają już chyba mentalność cudzoziemców. Nie byli nachalni, choć nie odstępowali nas na krok. Weszłam do biura rezerwacji biletów kolejowych. Sprzedający zajęty był krzyczeniem na dwóch mężczyzn ścierających kurz ze ścian kawałkami szmatek. Wypełniłam druk. Nie było już wolnych miejsc na pociągi do New Delhi na najbliższy tydzień. Kupiłam bilet do Agry. Pozostanę kilka dni w Waranasi.

Wyszłam z hali dworca w towarzystwie dwóch kierowców autorikszy. Shiva i Ali. Liczyli na to, że pojadę do Sunrise Hotel (za co otrzymaliby sporą prowizję) a także, że ustalę z nimi plan wycieczki na następny dzień. Chciałam sprawdzić hotele, których nazwy miałam zanotowane. Daleko. Na stacji paliw zatankowaliśmy benzynę. Drogo. Przy Sonarpur Rd skręciliśmy w wąską uliczkę. Ali został w autorikszy. Mój plecak także. Sahi River View Gues House był pełny. Mimo tego postanowiłam znaleźć nocleg przy ghat Assi. Shiva, łagodnie mówiąc, nie był z tej decyzji zadowolony. On i jego kolega byli w porządku. Po drodze z dworca, widząc moje zmęczenie - zatrzymali się, kupili mi butelkę wody i herbatę z kardamonem, nie zadawali pytań.

Przy uliczce nad samym Gangesem zauważyłam  szyld: Chaitany A Guest House. Kilka schodków obok sklepu z pamiątkami. Chłopiec siedzący przy drzwiach wejściowych wstał, pobiegł do domu wołając tatę. Ten okazał się miłym, przyjaznym człowiekiem. Obejrzałam dwa pokoje (więcej chyba nie było), wybrałam. Kąpiel. Totalnie zmęczona położyłam się. Zasnęłam po chwili na kilka godzin. Obudziła mnie rozmowa w holu. Dziadek uczył czegoś chłopca. Gdy wychodziłam - siedzieli obaj na podłodze a wokół rozłożone były zeszyty, książki.

Powitał mnie Ganges. Nieprawdopodobny spokój miejsca. Z dwoma chłopcami w wieku szkolnym rozmawiałam o zdjęciach. Starszy powiedział z dumą w głosie, że właśnie jego kuzyn jest w Paryżu skąd przywiezie mu aparat fotograficzny i także będzie robił zdjęcia. Tutaj, w Waranasi.

Na pierwszy posiłek tego dnia poszłam do rekomendowanej w przewodnikach: Haifa Restaurant. Restauracja przyhotelowa, bez widoku na rzekę. Przytłaczający wystrój. Bogate menu - dania indyjskie i chińskie. Herbata miętowa. Otrzymałam szklankę z wrzątkiem, w którym znajdowały się świeże listki mięty. Wokół łyżeczki zawinięta była torebka z czarną herbatą Assam. Lassi bananowe z mango. Zamówiłam także samosy ale nie miałam apetytu. Poprosiłam kelnera o zapakowanie ich. Dałam je później dziewczynce z ghatu Assi.    

Waranasi. Od ponad dwóch tysięcy lat to jedno z najstarszych zamieszkanych do dziś miast Indii było centrum nauki i cywilizacji. Wykładający tu Mark Twain powiedział -"Banares jest starsze niż historia, starsze niż tradycja , starsze nawet niż legenda - dwakroć starsze niż wszystkie one razem wzięte". Pierwsze historyczne udokumentowane wzmianki o Waranasi pochodzą z okresu 1400 - 1000 r. p.n.e. Dotyczą założenia w dolinie Gangesu osady plemienia Ariów z północnych Indii. Przypuszcza się, że wcześniej był tu ośrodek prymitywnego kultu słońca.

Miejsce to stało się centrum hinduizmu. Okres rozkwitu przypada na VIII w. n.e. Ma związek z pojawieniem się Śankaraćarij, reformatora hinduizmu. Ustanowił kult Śiwy jako główny w hinduizmie. Od XI w. Waranasi plądrowali muzułmańscy najeźdźcy. Ok. 1300 r., po najechaniu pobliskiego Sarnath, splądrowali je Afgańczycy. Największych zniszczeń dokonał Aurangzeb, burząc i dewastując niemal wszystkie świątynie. Na Starym Mieście, mimo, że niewiele budynków ma więcej niż 200 lat, czuje się atmosferę przeszłości.

Od ghatów przy rzece odchodzą kręte uliczki z wysoką zabudową. Są tak wąskie, że mogą się nimi poruszać tylko piesi. Łatwo się zgubić w tych zaułkach.

Waranasi. Miasto Śiwy. Pielgrzymi zanurzają się w wodach świętej rzeki Ganges, zmywają wszelkie grzechy. Niektórzy przybywają tu aby umrzeć i uwolnić się z łańcucha wcieleń (doświadczyć mokszy), otwierając sobie tym samym drogę do niebios.   

Niezwykłe miejsce. Zgadzam się całkowicie z opinią Petera. Wróciłam z godzinnej ceremonii, która odbyła się w ghat Assi nad Gangesem, obok którego mieszkam. W tym samym czasie, w każdym z ghatów na długości 7 km odbywają się podobne ceremonie.  Płonące świece, kadzidełka, śpiewy, płatki kwiatów, błogosławieństwa. Na kamiennych schodach, u szczytu których wznosi się nieduża świątynia hinduska siedzieli mieszkańcy okolicznych domów, trochę cudzoziemców. Podpływały łodzie. Ktoś wchodził do świętej rzeki. Dziewczynka, około 10 - letnia. Sprzedawała lampki otoczone kwiatami nagietków. Świetnie mówiąca w j. angielskim. Bystra. Ma trzech braci i dwie siostry. Mama zajmuje się domem. Tata pływa łodzią z turystami. Dziewczynka, przed pójściem do szkoły - codziennie, o 4 rano przychodzi do ghatu, gdzie są już inni czekający na wschód słońca i pierwszą ceremonię. Wraca tu wieczorem.

Siedziałyśmy na schodach, rozmawiając. -"Zaczekaj tu na mnie. Zaraz przyjdę. Tylko nie odchodź" - spojrzała na mnie. Przyniosła gliniane pojemniczki z herbatą. "Ćaj, ćaj garam!" - usłyszałam jej radosny okrzyk. Uśmiechnęłam się. Jadłyśmy warzywa zapiekane w cieście, wprost z liścia bananowca. Pyszne i wyjątkowo ostre.  

Nieco niżej, tuż nad taflą rzeki ustawiony był skromny ołtarzyk. Kobieta i mężczyzna stali zwróceni w kierunku rzeki, śpiewali, wlewali coś do niej.  

Wrócili pod ołtarzyk. Zapalili kadzidełka, świece. Pomiędzy siedzącymi chodził mężczyzna. Na dłonie wylewał wodę z Gangesu. Hindusi dotykali dłońmi usta, czoło. Później -czerwonym proszkiem kumkum dotykał czoła siedzących. Inny wsypywał na rozłożone dłonie płatki kwiatów. Na koniec ceremonii, wstaliśmy. Hindusi śpiewali, podchodzili do rzeki, nabierali wodę. Wracali zatrzymując się na chwilę przy ołtarzyku.

Niezwykłe. Trudno uwierzyć, że jestem tutaj i dzieje się to naprawdę.

 

Od pierwszego dnia w Indiach - czuję tu tyle życia, energii ludzi. Na przykład, teraz. Jest już późno, ciemno. Od Gangesu oddziela mnie wąska uliczka. Rozmowy nie ustają, słychać dźwięk dzwoneczków, nawoływań...

Uwielbiam bliskość rzek, mórz, oceanów. Czuję ich siłę. Sama czuję się silniejsza.

 

Waranasi, 20 sierpnia (niedziela) 2006 r.

W Vatika Cafe przy Assi Ghat nad samym Gangesem. Wilgotno, duszno. Zamówiłam wodę, kawę i wegetariańską pakorę.

Rano obudził mnie padający deszcz a także kontury małej jaszczurki przyczepionej do szyby drzwi od mojego pokoju. Drugą znalazłam na ścianie w łazience. Co z tego, że to pożyteczne zwierzątka (zjadają komary), kiedy nie jest się przyzwyczajoną do ich widoku. Zaczęłam się pakować... Zapaliłam światło, jaszczurki zniknęły. Usiadłam na łóżku. Spokojnie. Zostaję.

W Haifa Restaurant zjadłam śniadanie i wyszłam na Sonarpur Rd idąc w kierunku ronda Godaulia. Klepowisko, żadnych chodników. Przy ulicy - budynek z otwartymi bramami. Wysypisko śmieci i buszujące po nim: woły, psy, krowy. Świętość krów wywodzi się z wiary, że hinduski świat mieszka w ciele krowy. Często można zauważyć w Indiach ludzi dotykających krowy, a następnie zbliżających swoje dłonie do twarzy lub klatki piersiowej.

Z uliczki obok wyszło sześciu mężczyzn. Na ramionach nieśli bambusowe nosze a na nich zwłoki pokryte czerwonym suknem we wzory, przyozdobione jakby girlandami choinkowymi. To byli tzw. domowie z kasty niedotykalnych. Szli do jednego z ghatów - Harishchandra Ghat, gdzie spopielane są zwłoki. 

Dassaswamedh Ghat Rd poszłam za grupą pielgrzymów z Kalkuty - bosych, skromnie ubranych, z małymi tobołkami i pustymi plastikowymi butelkami. Brnęliśmy w błocie po kostki idąc między straganami z owocami i warzywami. Dassaswamedh Ghat jest niewielki. Przy brzegu zacumowane łodzie. Pielgrzymi schodzili w skupieniu po schodach, zanurzali się w Gangesie. Później namydlali ciała, włosy, myli zęby. Kobiety wynurzały się z wody ze wzniosłym wyrazem twarzy, spojrzeniem szczęśliwych oczu.

Usiadłam na dole ghatu na drewnianym podeście. Obok mnie - chłopak, z którym zaczęłam rozmawiać. Ma dwie prace: w sklepie i na łodzi. -"Jestem szczęśliwy". Po raz kolejny zaskoczona jestem charakterem rozmów ze spotykanymi Hindusami. Duchowość, sens życia. Bardzo często pytają mnie o to, czy żyję zgodnie z własnymi pragnieniami i możliwościami, czy pomagam innym ect. Nigdy - o to, co mam czy co chciałabym mieć w sensie materialnym. Odpowiada mi to i zaspokaja potrzebę "prawdziwej" rozmowy. Mam poczucie, że dla wszystkich tutaj jest oczywiste, że życie jest krótkie i należy je dobrze przeżyć, m.in. "zbierać" dobre uczynki, modlić się do Śiwy, który jest bardzo głęboko w sercach Hindusów.

Idąc do Dassaswamedh Ghat  zanurzyłam się w labirynt bardzo wąskich uliczek, mrocznych. Po obu ich stronach stały bardzo wysokie budynki. Niewiele światła. Sklepiki, hotele, szkoły jogi, masażu, astronomii.  

Wszystko zaniedbane, brudne. Wszędobylskie krowy. W wielu miejscach siedziały grupki policjantów. Wędrowali sadhu i pielgrzymi spowici w pomarańczowe sukna z girlandami kwiatów zawieszonych na szyi i lampkami w dłoniach. Mijałam malutkie świątynie a także same ołtarzyki we wnękach.

Doszłam do Manikarnika Ghat, jednego z najstarszych i najświętszych w mieście. Stosy drewna, świątynie, w tym poświęcona bogowi Ganeśi. Łodzie przycumowane przy brzegu. Nad stopniami - studnia Manikarnika. Według legendy, żona Śiwy - bogini Parwati, upuściła tutaj swój kolczyk. By go odnaleźć, Śiwa wykopał zagłębienie. Pomiędzy studnią a ghatem leży Charanpaduka (Ćaranpaduka), kamienna płyta ze śladami stóp Wisznu. Na tej płycie kremowane są zwłoki ważnych osobistości.

Przy najwyższym stopniu ghatu waży się na ogromnej wadze drewno aby obliczyć koszt ceremonii. Rodziny negocjują także cenę oliwy maślanej, którą poleje się zwłoki a także cenę ognia, którym podpali się stos. Mało kogo stać na uświetnienie ceremonii wedyjskimi pieśniami żałobnymi. Towarzyszył mi zamyślony chłopak. Weszliśmy do wysokiego budynku, gdzie z balkonu na piętrze rozciąga się widok na ghat, Ganges, okolice. Tutaj gromadzą się mężczyźni pracujący przy kremacji.

Obserwowałam miejsce, gdzie był rozpalony stos, z którego wydobywał się dym. Mężczyźni przynosili drewno na mniejsze stosy. Wnieśli ciało w białym suknie. Wokół stanęła rodzina zmarłego. Jeśli podczas kremacji nie pęknie czaszka zmarłego - prowadzący ceremonię (ktoś z rodziny, zwykle najstarszy syn) musi ją rozbić kijem bambusowym. Wtedy też - dusza mieszcząca się w czaszce - wydostanie się i uda w dalszą wędrówkę. Musiał tak zrobić Rajiv Gandhi, kiedy płonęły zwłoki jego matki, Indiry. Podobnie - Rahul Ghandi, kiedy płonęły zwłoki jego ojca, Radjiva.

Dzieci pluskały się w Gangesie, skakały do wody z podwyższeń. Miały przy tym mnóstwo radości.

Ceremonia pogrzebowa. Brakowało mi skupienia, piękna obrzędowości. Czułam się nieswojo. Przed spaleniem, zmarłego zanurza się w wodzie Gangesu. Rzeka jest świętością złączoną z Śiwą. Nie wszystkich się pali na stosach. Zmarłe kobiety w ciąży, dzieci, bramini, ukąszeni przez kobrę, trędowaci topieni są w rzece.

Wciąż mam przed oczami widok zwłok płonących na stosie i domów niosących na bambusowych noszach zmarłego. Także kąpiących się w Gangesie pielgrzymów z Kalkuty, ich szczęśliwe twarze i błyszczące, rozświetlone radością oczy.

Poszłam zobaczyć nepalską świątynię z rzeźbami erotycznymi. Przed wejściem - siedział jogin z małym chłopcem, przeglądali grubą księgę, rozmawiali. Mój przewodnik usiadł na murku patrząc na Ganges. 

Na skrzyżowaniu Gadaulia wsiadłam do rikszy rowerowej. Po drodze zatrzymał nas chłopak, który jak duch ale "zmaterializowany" pojawiał się później w miejscach, w których i ja byłam. Pojechałam zobaczyć świątynię Durgi. Fasada czerwono - orchowa w północnoindyjskim stylu nagara. Dach wieży (tzw. sikhara) składa się z wielu małych wieżyczek. Świątynię zbudowała w XVIII w. maharania Bengalu. Durgi (Niedostępna) to jedno z imion małżonki Śiwy - bogini Parwati. W czasie świąt składane są jej ofiary z kóz.

Pojechaliśmy dalej - pod nowoczesną, marmurową świątynię Tulsi Manas. Zbudowana została w 1964 r. w stylu sikhara. Brama wejściowa była zamknięta.

Stamtąd już niedaleko było do Benares Hindu University. Okazała brama wejściowa pilnowana przez policję. 

Aleje otoczone zielenią, po których jeżdżą motory, riksze. Budynki różnych wydziałów. Uniwersytet założył w 1917 r. Pandit Malawija - działacz narodowy, jako centrum studiów nad sanskrytem, indyjską sztuką, kulturą, muzyką i filozofią. Pojechaliśmy do Nowej Świątyni Wiśwanathy. Zbudowali ją Birlowie, rodzina bogatych przemysłowców. Otwarta dla wszystkich, bez względu na przynależność kastową czy religijną. Poprosiłam mężczyzny, który przywiózł mnie tutaj rikszą aby zaczekał. Zostawiłam sandały przy bramie. Zadbane otoczenie. Wewnątrz - ołtarzyki z wizerunkami Parwati przystrojonej w girlandy czerwonych kwiatów i Ganeśi. W centralnym punkcie "rzeźba" uosabiająca Wisznu. Hindusi kładli na niej  kwiaty. Z pojemnika zawieszonego do sufitu spływała woda. Rzucali pieniążki.

Zjawił się chłopak z Sonarpur Rd, wspólnie zwiedzaliśmy świątynię. Studiuje anglistykę na tutejszym uniwersytecie. -"Będę się modlił za Ciebie do Wisznu" - powiedział, gdy rozstawaliśmy się przy bramie wyjściowej. Wróciłam do "swojego" ghatu.                

 

Waranasi, 21 sierpnia (poniedziałek) 2006 r.

Piękny, słoneczny poranek. Spałam dobrze, mocno. Jaszczurki się nie pojawiły. Ganges przesunął się z ghatu, przy brzegu zalega muł. Dzieci pluskają w rzece. Pracownicy Vatika Cafe jakby przed chwilą się obudzili. Obsługiwał mnie Hindus w pidżamie. Słychać muzykę i śpiewy hinduskie. Ktoś zamiata, ktoś inny rozłupuje kamienie.

 

Wieczorem...

Wspaniale przeżyty dzień. Spacerowałam wąskimi uliczkami w pobliżu ghatów, odwiedzając niektóre z nich -  w większości spokojne, bez pielgrzymów czy mieszkańców ale za to z wołami czy joginami medytującymi. Spokojny szmer płynącej rzeki. Gdzieniegdzie łodzie.  Dzieci towarzyszyły mi przez większość czasu. Dziewczynka i chłopiec. Rodzeństwo. Złapały mnie za dłonie śmiejąc się. Doszliśmy do Sonarpur Rd, gdzie kupiłam im banany. Chłopczyk ściskał reklamówkę w malutkiej dłoni.

Im bliżej ghatu z różowymi świątyniami hinduskimi, tym więcej sklepików, cudzoziemców, hotelików, szkół masażu, jogi. Znalazłam sklep muzyczny. Sprzedawca miał dwie z wypisanych przeze mnie, jeszcze w Delhi - płyt CD. Po kwadransie miałam już wszystkie. Telefon. Przyniósł je chłopak. W między czasie piłam herbatę i słuchałam fragmentów Sharkti z John Mc Laughlin "Natural Elements" i Aarzoo "Nirvana on a six-string".

Krowy, świątynie, ścisk. Mijałam sadhu, pielgrzymów, mieszkańców okolicy.

Ze skrzyżowania Gaudalia pojechałam rikszą rowerową do Assi Ghat w towarzystwie Simone i jej synka. Dziewczyna jest Niemką, z Berlina. Od 7 lat mieszka w Waranasi, gdzie wyszła za mąż, urodziła syna i pracuje jako nauczycielka j. angielskiego i muzyki. -"Chcę wrócić do Niemiec. Jestem już zmęczona. Niełatwo jest tutaj żyć, zwłaszcza w Waranasi" - usłyszałam. Z synkiem rozmawiała w hindi. Pożegnałyśmy się serdecznie. Wróciłam do ghatu na wieczorną ceremonię kupując po drodze dwie butelki schłodzonej wody.

Jutro wyjeżdżam do Agry.

 

Agra, 22 sierpnia (wtorek) 2006 r.

Dworzec kolejowy w Waranasi. Peron 9, Marudhar Exp. Ten sam, którym podróżowałam z Jaipuru do Waranasi. Po pół godzinie od odjazdu przyszedł mężczyzna z obsługi mówiąc, że powinnam się przenieść do wagonu obok. Przedział w III klasie różni się tym w klasie II, że ma więcej, bo sześć miejsc sypialnych, nie licząc dwóch przy przejściu. Nie ma zasłon. Poznałam dziewczynę i chłopaka z Seulu. Nad nimi miejsce miał Włoch. Jechał do Jaipuru a stamtąd do Jaisalmeru by później, już w większej grupie step by step poznawać miasta i miasteczka w drodze powrotnej do Delhi. Przysiadł się do niego wesoły, młody Hindus. Wraz z kolegą sprzedawał w pociągu wodę butelkowaną. Koreańczycy zjedli samosy i ułożyli się do snu. Pociąg miał 3- godzinne opóźnienie. Do Agra Fort przyjechaliśmy po prawie 17 godzinach podróży.

Na którejś stacji wsiadła grupa mężczyzn, mieli miejsca obok nas. Jechali do Jaipuru. Najpierw wszyscy przebrali się, w spodenki do kolan i T-shirty później kolejno, jeden za drugim szli do łazienki umyć zęby, odświeżyć się. Dwaj z nich usiedli "po turecku" naprzeciwko siebie. Z toreb wyciągnęli pudełka a z nich opakowane w srebrną folię jedzenie. Ćiapati, sosy, marynowane jarzyny ze słoika. Nie spieszyli się, smakowali każdy kęs. Jedli prawą ręką (lewa jest "nieczysta"). Rozmawiali w hindi. Nie znali j. angielskiego. Ich walizki złączone łańcuchem ustawili obok mojego "łóżka". Nie musiałam nawet przytwierdzać swojego plecaka. Nie byłoby możliwe nawet go wyciągnąć. Poprosiłam tylko o "danie mi miejsca" rano, kiedy będę wysiadała. Poranny rytuał powtórzył się. Przebrali się, umyli, uczesali, zasiedli do wspólnego śniadania, które niewiele różniło się od kolacji. Przejeżdżając przez most nad Jamuną - widok kobiet rozkładających kolorowe tkaniny nad brzegiem a w oddali widok Taj Mahal.

Po przyjeździe do Agry - innych otoczyła już rzesza właścicieli autoriksz, riksz rowerowych, pracowników hoteli. Poszłam do budynku obok, gdzie kupiłam bilet na wieczorny pociąg Taj Express do Delhi, którym miałam pojechać kilka dni później. Odjazd z innej stacji kolejowej: Agra Cantonment. Przed północą mam być w Delhi. Mam nadzieję, że pociąg nie spóźni się na tyle, że nie zdążę na samolot do Moskwy. 

Znalazłam pokój w Turist Rest House przy Kutchery Rd. Zeszłam do restauracji w patio hotelowym. Pyszna kofta wegetariańska w sosie warzywnym, do tego ćiapati. Przy stolikach - Włosi, Francuzi, Hiszpanie.

Agra liczy około 1,3 mln mieszkańców. W XVI w. (1526 r.) Babur, władca z dynastii Wielkich Mogołów ustanowił tu stolicę Państwa. W następnych stuleciach każdy władca próbował postawić budowlę przyćmiewającą dokonania poprzedników. Przypuszcza się, że Agra powstała na miejscu starożytnego hinduskiego królestwa. Około 1022 w. została zniszczona przez afgańskiego króla Mahmuda z Ghazni. W 1501 r. Sikander Lodi ustanowił tutaj stolicę swojego państwa. Po pokonaniu przez Babura - ostatniego sułtana Lodi w bitwie nad Panipatem (1526 r.) - miasto zostało wtedy stolicą Mogołów.

Okres największej świetności trwał od połowy XVI w. do połowy XVII w. za panowania Akbara, Dżahangira i Szacha Dżahana. W tym czasie wzniesiono fort, Taj Mahal i grobowce. W 1638 r. szach Dżahan rozpoczął budowę Delhi. 10 lat później jego syn Aurangzeb przeniósł tam stolicę. W 1761 r. Dźatowie zrujnowali wiele budowli i ograbili Taj Mahal. W 1770 r. zajęli ją Marathowie a w 1803 r. władzę przejęli Brytyjczycy.

Do Taj Mahal pojechałam wieczorem. Ze względu na święto - tego dnia i następnego - wstęp był bezpłatny. Jeden z mężczyzn z hotelu trzymał już w ręce kluczyki do klimatyzowanego samochodu. Podziękowałam. Obsługa hotelowa nie była zadowolona. Wsiadłam do rikszy rowerowej.

Pojechaliśmy najpierw do State Bank of India. Duża, mroczna hala. Niewielu klientów. Strażnik wskazał mi pokoik, gdzie miałam wymienić USD na rupie. Dwóch mężczyzn przy biurkach, mnóstwo papierów, wiatrak. Duszno. Na tablicy z kursami walut widniała data z połowy czerwca. Kurs korzystniejszy niż w Thomas Cook w Jaipurze. Przy tym, w banku nikt nie pobrał ode mnie prowizji. Za to wypełnianie rozmaitych druków zajęło mi godzinę: imię i nazwisko, stały adres zamieszkania, data i miejsce urodzenia, nr paszportu, data i miejsce jego wydania, lokalny adres (wpisałam nazwę hotelu), nr i symbol 100 USD banknotu, który wymieniałam. Podpisałam się w kilku miejscach a podpis musiał być taki sam jak ten, w paszporcie. Jeden z mężczyzn wziął paszport, pieniądze i te druki, na podstawie których przepisywał dane do komputera. -"Mają panowie chyba dużo pracy, tak dużo dokumentów wokół" - powiedziałam rozglądając się wokół a oni roześmieli się głośno. Papiery i kalki fruwały (od wiatraków).

Drugi z mężczyzn próbował opanować chaos i zadawał mi mnóstwo pytań, łącznie z tym, jak wygląda ślub w kościele katolickim. On sam był żonaty. Ma syna pracującego w Pizza Hut w Agrze. -"Małżeństwa u nas zawierane są najczęściej w wieku 20 - 22 lat. Tak, rodzina dziewczyny "płaci za męża" ale tylko w początkowym okresie. Uważam to za jak najbardziej właściwe" - powiedział. Sprawa wydaje się bardziej skomplikowana. Ustawa z 1961 roku zakazuje instytucji posagu, lecz zwyczaj ten stanowi ogólnie przyjętą praktykę, a koszty wydania córki za mąż rosną co roku. Jeszcze większym problemem wydaje się okrutne traktowanie kobiet. Mężowie i ich rodziny często domagają się po ślubie dalszych pieniędzy i prezentów, nieraz wymuszają je przemocą. Młode żony są mordowane aby ich mężowie mogli ponownie wziąć ślub i uzyskać nowy posag. Czytałam na ten temat w książce "Hinduizm" - Kim Knott z Uniwersytetu w Leeds.

Z metalowym numerkiem podeszłam w końcu do kasy. Kierowca rikszy drzemał pomiędzy straganami z bananami.

Jadąc do Taj Mahal miałam poczucie jakbyśmy przejeżdżali przez wieś. Zielono, spokojnie. Asfaltowe, szerokie ulice. Mały ruch. Siedziałam w zadaszonej rikszy mimo to, mijani ludzie dostrzegli mnie reagując entuzjastycznie machając rękami, uśmiechając się. Czują taką ciekawość jak ja patrząc na Hindusów. Ileż zrobiłam im zdjęć zachwycając się pięknymi strojami i ozdobami, promieniującymi uśmiechami i błyszczącymi czarnymi oczami...

Z mężczyzną od rikszy rozstałam się przy bramie parkowej na trzy godziny. Około 10 - minutowy spacer alejką gdzie spotkałam trędowatych mężczyzn. Szokujące. Widziałam tylko ich uśmiechnięte twarze. Ciała zniekształcone, trudno było dopatrzyć się tułowia czy kończyn.

Małpy biegały w pobliżu. Handlarze oferowali figurki Taj Mahal, naszyjniki, bransoletki, pocztówki i podkoszulki. Byli nachalni. Przy pierwszej bramie - dwie długie kolejki: jedna dla kobiet, druga dla mężczyzn. Hinduski starały się wejść do kolejki w dowolnym miejscu ale wystarczy wskazać im koniec a śmiały się i wracały zająć swoje miejsce. Przy bramce - kobieta przejechała detektorem po moim ciele, przejrzała torebkę. Wyjęła telefon komórkowy prosząc abym zostawiła go w skrytce. Wróciłam. Dwóch mężczyzn, stolik a na nim rozłożona gazeta hinduska. Na półkach i na ziemi setki telefonów opisanych kredą. Nie musiałam ponownie ustawiać się w kolejce. Weszłam na alejkę otoczoną budynkami z czerwonego piaskowca.           

Po przejściu przez główną bramę zatrzymałam się na dłuższą chwilę zupełnie oszołomiona widokiem jaki miałam przed sobą. Poczułam się jakby przeniesiona w inną rzeczywistość. Taj Mahal to perła architektoniczna. Jedna z najpiękniejszych budowli, jakie dotychczas widziałam. Stoi na marmurowej platformie. W każdym z jego narożników wzniesiono ozdobne białe minarety. Harmonia i lekkość budowli.

Niebo było zachmurzone. W świetle zachodzącego słońca ponoć "białe marmury najpierw przybierają złotawy odcień, potem, wraz ze zmieniającym się światłem, powoli stają się różowe aż w końcu sprawiają wrażenie czerwonych".

Mauzoleum Taj Mahal zbudował Szach Dżahan dla Mumtaz Mahal, swojej drugiej żony, która zmarła w 1631 r. podczas porodu. Cesarz był zrozpaczony. Grobowiec wznoszono przez 22 lata (1631 - 1653) a przy budowie pracowało 20 tys. osób z Indii i Azji Środkowej. "Po ukończeniu pracy obcięto im dłonie lub kciuki, by nie mogli stworzyć dzieła, który dorównywałyby mauzoleum". Isa Khan (z perskiego Szirazu) był głównym architektem. Sprowadzono też specjalistów z Europy, by wykonali marmurową powłokę i wewnętrzne mozaikowe inkrustacje, zwane pietra dura z tysięcy kamieni półszlachetnych.

Ogrody zaplanowano w klasycznym stylu mogolskich ćarbahg. Czteroczęściowe trawniki na których siedziały teraz rodziny i grupy przyjaciół, przedzielają sadzawki z ozdobnymi marmurowymi postumentami w środku.

Podeszłam pod centralna bryłę budowli. Rozgrzana marmurowa posadzka paliła mnie w stopy. Mauzoleum jest z białego/ perłowego marmuru pokrytego płaskorzeźbami kwiatowymi i inkrustacjami z kamieni półszlachetnych układających się we wzory. Sklepione, rozległe łuki pokrywają arabeskowe florenckie mozaiki i inskrypcje koraniczne.  

Roześmiane dzieci, które podbiegały do cudzoziemców zrobić im zdjęcia odpędzali strażnicy. Weszłam do środka. Groby Mumtaz i jej męża, szacha Dżahana znajdują się w zamkniętej krypcie nad główną komnatą. Imitacja grobu, otoczona ażurowymi ścianami, inkrustowanymi 43 rodzajami różnych kamieni półszlachetnych - znajduje się pod centralną kopułą w Cenotaph of Mumaz Mahal. Wyjście prowadzi na dziedziniec, skąd roztacza się widok na spokojnie płynącą rzekę Jamunę. W oddali: mury fortu.

O kontemplacji można zapomnieć, zbyt wielu zwiedzających. Usiadłam na ławce pomiędzy sadzawkami mając przed sobą mauzoleum. Po prostu patrzyłam chłonąc atmosferę tego niezwykłego miejsca. 

Przypomniała mi się głośna sprawa "z przeszłości" związana z pokazem mody firmy Chanel w Paryżu, w czasie którego znana modelka Claudia Schiffer zaprezentowała nową suknię, dzieło Carla Lagerfelda. Projektant zaczerpnął wzór z napisów w świątyni Taj Majal, o których powiedziano mu, że są poezją miłosną. Okazało się jednak, że nie były to rymy miłosne, lecz fragmenty prozy koranicznej oraz znak przypominający kształtem "9" - symbol Boga. Uczucia religijne muzułmanów zostały obrażone i natychmiast pojawiły się protesty. Pod adresem modelki skierowano także liczne groźby. Suknię zniszczono. Przykład nieznajomości kultury czy świadoma prowokacja?

Ciekawy jest sposób, w jaki indyjscy konserwatorzy usuwają z marmurów Taj Mahal zabrudzenia spowodowane przez zanieczyszczenie powietrza. Na mury nakładają "maseczkę" przygotowaną z mikstury "multani mitt" - sproszkowanej gliny, ziaren zbóż, mleka i soku z limony. Po 24 godzinach zmywają ją ciepłą wodą usuwając jednocześnie zabrudzenia z wierzchniej warstwy marmuru. Przepis ten odnaleziono w XVI w. mogolskim manuskrypcie. Metoda ta okazała się skuteczna na tyle, że "rozważa się jej zastosowanie do renowacji zabytków na całym świecie". 

Wracając alejką parkową spotkałam kondukt żałobny. Hindusi wstawali z ławek, składali dłonie, pochylali głowy. Rikszą wróciłam do hotelu. W restauracji - Japończyk jadł zupę. Niemiec czytał gazetę. Zmęczona upałem położyłam się w pokoju. 

          

Agra, 23 sierpnia (środa) 2006 r.

Wykwaterowałam się z pokoju nr 22 na piętrze. Chłopak z obsługi wstawił mój plecak do małej przechowalni. Mam czas do wieczora.

Riksza rowerowa już czekała na mnie w pobliżu hotelu. Pojechaliśmy do Agra Fort. Masywne podwójne mury otoczone fosą wysokie na ponad 20 m mają 2,5 km długości.

Do fortu wchodzi się przez Bramę Amara Singha - nazwanej tak od imienia maharadży Jaipuru. Ściął skarbnika imperium w Sali Audiencji Publicznych (w 1644 r.). Aby uniknąć kary, konno usiłował przeskoczyć mur fortu. Nie udało mu się, przeżył ale nie uniknął kary i gniewu szacha Dżahana. Zrzucono go z muru, zginął.

Budowę fortu rozpoczął w 1565 r. cesarz Akbar. Za jego panowania służył celom wojskowym. Później był rozbudowywany. Szach Dżahan  - ten sam, który wzniósł Taj Mahal, uczynił z niego pałac. Gdy w 1658 r. władzę przejął jego syn Auramgzeb - pałac stał się dla szacha więzieniem.

W obrębie fortu znajduje się kilka budowli. Najbardziej imponujący jest marmurowy Moti Masjid (Moti Masdżit) - meczet perłowy. Większość uważa go za najpiękniejszy w Indiach. Oprócz meczetu są tu także sale: audiencji prywatnych i publicznych, wieża Musamman Burj, Jchangir`s Palace (Pałac Dżahangira) - prywatna rezydencja.

W Diwan-i-Am (Sala Audiencji Publicznych) szach Dżahan spotykał się z urzędnikami albo wysłuchiwał spraw swoich poddanych. W pobliżu znajduje się uroczy, z białego marmuru Nagina Masjid (Nagina Masdżit) - meczet klejnotu z mihrabem (kierunek: Mekka) i Ladies` Bazaar, na którym kiedyś handlarki oferowały swoje towary damom mogolskiego dworu.

W Diwan-i-Khas (Sala Audiencji Prywatnych) szach przyjmował dygnitarzy i ambasadorów. Składała się z dwóch kolumn połączonych trzema łukami. Tutaj stał słynny Pawi Tron, który został ostatecznie wywieziony w XVIII w. do Iranu (przez Nadir Szach). Zachowane fragmenty tronu można oglądać w Teheranie. Przed sala dobrze utrzymany trawnik, drzewka z kwitnącymi kwiatami.

Masamman Burj - to ośmioboczna wieża, tuż obok Sali Audiencji Prywatnych. Szach Dżahan zmarł w niej po wielu latach więzienia "spędzonych na tęsknym spoglądaniu na mauzoleum swojej żony - Taj Mahal - po drugiej stronie rzeki".

Jehangir`s Palace to największa prywatna rezydencja w forcie, którą Akbar wzniósł podobno dla swojego syna.

Warownia zaczęła pełnić funkcję luksusowej rezydencji o czym świadczy wybudowanie pałacu łączącego hinduską i środkowoazjatycką architekturę. Przed pałacem stoi Hauz-i-Jehangri (Hauz-i-Dżahangiri), kamienny blok wyciosany na kształt misy. Według legendy, żona Dżahangira (Jahangira) - Nur Dżahan (Nur Jahan) wykorzystywała ją do wyrobu attaru - wonnego olejku różanego.

Fort jest imponujący. Tajemnicze przejścia w których hula wiatr. Padał deszcz ale wszystko było tak nagrzane, że unosiła się para. Niebo zachmurzone. Duszno. Z pałacu widok na Jamunę i Taj Mahal.

Podczas podróży, oprócz Jaisalmeru i Waranasi - architektura (minarety, cebulaste kopuły, bramy, kraty ect) oraz nawoływania mezzuinów na modlitwę świadczą o przeszłości i teraźniejszości muzułmańskiej. Architektura mogolska: grobowce - mauzolea, bramy w formie łuków, ażurowe ściany, inkrustacje, sale audiencji publicznych i prywatnych, komnaty połączone łukami, dziedzińce. Marmur i piaskowiec. Styl mogolski wykształcił się za czasów szaha Dżahana (pocz. XVII w.).

Akbar Wielki uznawany jest za najwspanialszego władcę mogolskiego. Za jego panowania imperium objęło większą część północnych Indii. Zapamiętano go jako bardzo tolerancyjnego wobec wyznawców innych religii. Stworzył nową eklektyczną religię zwaną Din-i-Ilahi (Boża wiara), łączącą podobne elementy z różnych wyznań. W Fatehpur Sikri, w sali audiencji prywatnych znajduje się tron, do którego z czterech rogów sali prowadzą kamienne pomosty. Na ich krańcach stali uczeni różnych religii podczas częstych dyskusji a Akbarem.   

Pan z rikszą czekał na mnie przy bramie fortu. Pojechaliśmy do kilku sklepików, w tym z biżuterią. Rozmawiałam z około 30 - letnim sprzedawcą, który pokazywał mi przepiękne pierścionki, bransoletki. Wypiłam herbatę. Wysłuchałam jego historii o niespełnionej miłości. To była Niemka. Kupiłam jeszcze herbatę u jego kolegi. Rikszą pojechałam do księgarni i po migdały dla Petera. Po powrocie do hotelu miałam tylko czas na przepakowanie się. Dworzec kolejowy, peron 2 i po raz pierwszy - widok szczurów biegających po torach. Trędowaci, żebrzące dzieci. Pociąg spóźnił się ale 3-godzinna podróż minęła dość szybko dzięki rodzinie z Kalkuty siedzącej obok. Muzułmanie. Troje dzieci. Zwiedzają. Taj Mahal a teraz przyszła kolej na Delhi i jego zabytki. Niezwykle pogodni, radośni ludzie.

Dworzec kolejowy Nizamuddin. Dziesiątki naganiaczy. Chwila oddechu. Wybrałam taksówkę. Przejazd przez nocne, spokojne Delhi.

 

Delhi, noc z 23 na 24 sierpnia (środa/ czwartek) 2006 r.

Na Terminalu 2 Indira Gandhi International Airport  - nieprawdopodobna ilość podróżujących, ich rodzin, przyjaciół, znajomych. Na halę odlotów mogą wejść tylko pasażerowie po okazaniu paszportu i biletu. Następnie odprawa bagażowa. Przebrałam się. Odprawa paszportowa. Koty chodzące po hali. Poznałam Hinduskę studiującą w Chinach i Aruna - podobnie jak ja lecącego do Moskwy. Miał później przelot do Sankt Petersburga gdzie od 1 października rozpoczyna studia medyczne. Po trzech latach chce przenieść się do Londynu, gdzie mieszka już jego siostra, lekarka. Pełen entuzjazmu.

 

Moskwa, 24 sierpnia (czwartek) 2006 r.

Z Delhi wylecieliśmy z opóźnieniem. Siedziałam obok Aruna. Rozmawialiśmy, żartowaliśmy, słuchaliśmy muzyki.  Spokojna atmosfera na lotnisku. Wobec przeżyć w ostatnich tygodniach to spora odmiana. Klimatyzacja a na zewnątrz - chłodno. Zachmurzone niebo. Lecę do Warszawy.

 

 

CENY (sierpień 2006 r.)

 

W State Bank of India - kurs: 1 USD = 46 rupii

W Thomas Cook - kurs: 1 USD = 45 rupii; pobierana jest prowizja. Wymieniając 100 USD - wynosi: 105 rupii.

Pre- paid taxi z lotniska w Delhi do hotelu Ajanta w pobliżu dworca kolejowego New Delhi: 220 rupii

Pokój w hotelu Ajanta (36, Arakashan Rd ‑ w pobliżu stacji kolejowej New Delhi): 770 rupii/noc

Butelka wody (1L): 10 rupii

Śniadanie w hotelu Ajanta (bufet): 150 rupii

Bilet kolejowy: Delhi - Jaisalmer (JSM exp., przedział 4 - osobowy): 1266 rupii

Przejazd autorikszą z Wielkiego Meczetu (Delhi) do Humayun`s Tomb: 40 rupii

Bilet wstępu do grobowca Safdarjanga (Safdara Dżanga): 100 rupii

Kawa, pepsi, pizza wegetariańska w Pizza Hut przy Connaught Place (Delhi): 150 rupii (w tym: około 20 rupii to obsługa i VAT)

Bilet kolejowy: Jaisalmer - Jodhpur (pociąg lokalny, III klasa): 44 rupie

Pokój w hotelu Jaisal Palace w Jaisalmerze: 500 rupii/noc

Bilet wstępu do pałacu w Jaisalmerze: 250 rupii

Pokój w Haveli Guest House (przy Makarana Mohalla) w Jodhpurze: 400 rupii/noc.

Pokój w Atithi Guest House w Jaipurze: 500 rupii/noc.

Znaczek na pocztówkę do Polski: 10 rupii

Bilet wstępu do City Palace (miejski kompleks pałacowy, mieszanka architektury radżastańskiej i mogolskiej) w Jaipurze: 180 rupii.

Bilet wstępu do Jantar Mantar (obserwatorium astronomiczne) w Jaipurze: 10 rupii (dla robiących także zdjęcia: 50 rupii)

Pokój w Chaitany A Guest House w Waranasi (ghat Assi): 300 rupii/noc

Pokój w Turist Rest House (przy Kutchery Rd.) w Agrze: 400 rupii/noc

Taksówka klimatyzowana z dworca kolejowego Nizamuddin w Delhi na lotnisko - Terminal 2 - Indira Gandhi International Airport: 150 rupii.

 

 

Kontakt z autorem: ewa.rad@poczta.fm