Polskiej Izby
Turystycznej
Skontaktuj się z nami telefonicznie:
tel. 801 535 545
tel. 12 422 50 61
tel. 12 422 22 09
lub porozmawiaj z kórymś z naszych konsultantów:
Himalaje 2006 ( cz.1 ) [ANI]
autor: Radek Lange
18.09.2006
Słowo wstępne
Celem niniejszej eskapady są Himalaje. W podróż wybiera się ośmioosobowa grupa: Ewa, Iwona, Jacek, Lucjan, Roman, Wiktor, Zbyszek, no i na końcu ja... Radek. Na końcu z kilku powodów. Po pierwsze, ostatni dołączyłem do tej grupy. Po drugie, mam ze wszystkich najmniejsze doświadczenie trekkingowe. Po trzecie tylko ja nie miałem jeszcze biletu lotniczego :-)
Postanowiłem, że nie będę leciał samolotem, tylko wybiorę się do Indii tzw. południową drogą lądową, co było i dalej jest moim wielkim marzeniem. Niestety, ze względu na przeciągającą się procedurę wizową w ambasadzie Iranu, nie miałem już szans dojechać lądem do Delhi na ustaloną wcześniej datę. Nie pozostało mi nic innego jak załatwiać szybko bilet lotniczy.
Nic w życiu nie dzieje się przypadkowo. Już po kupieniu biletu na samolot, dowiedziałem się od jednej osoby, która w maju tego roku jechała lądem do Indii, że powrót stamtąd jest praktycznie niemożliwy. W Polsce wydają wizę irańską tranzytową tylko w jedną stronę, zatem trzeba się starać o powrotną wizę w Delhi. Problem w tym, że tam wymagają jakiegoś zaświadczenia z ambasady polskiej, którego ta nie wydaje. Do Indii można więc się dostać bez problemu, ale nie można już wrócić lądem. Także jedynym wyjściem dla tamtej osoby, była pożyczka z ambasady i kupno biletu lotniczego do Warszawy. Jak widać, los zaoszczędził mi nerwów, no i pieniędzy, bo i tak skończyłoby się na tym, że muszę wracać samolotem.
Pod wpływem internetowych relacji z wypraw po Indiach, które to strasznie zachwalają ten kraj, decyduję że zostanę 20 dni dłużej niż reszta grupy i pozwiedzam trochę Radżasthan. Wszyscy oprócz mnie lecą Aeroflotem (2500 zł w obie strony) 23.09.2006 i wracają 30.10.2006. Ja lecę Alitalią (2200 zł) trochę szybciej, bo 20 września i wracam trochę później - 20 listopada.
Nasz plan jest następujący. Mam się spotkać z resztą grupy w Delhi na lotnisku, następnie jak najszybciej udajemy się do Nepalu. Tam realizujemy główny cel naszego wyjazdu, czyli trekking* do miejsca, gdzie zakładane są pierwsze bazy wypraw na Mount Everest. Moje marzenie jest trochę skromniejsze - chciałbym dojść do Namche Bazar, czyli gdzieś do połowy trasy. Później robimy dwa dni raftingu, morze Park Narodowy Chitwan i wracamy do Delhi, skąd wszyscy oprócz mnie wylatują do domu. Aby dowiedzieć się jak wyszła nam realizacja tych zamierzeń, zapraszam do przeczytania niniejszej kroniki wyjazdu.
Autor ma świadomość swojego, postępującego od matury, analfabetyzmu wstecznego, dlatego w opisach może pojawiać się wiele błędów, przede wszystkim stylistycznych, co czyni całość mało zrozumiałą. Nieharmonijność i różny poziom poszczególnych opisów jest spowodowany m.in. tym, iż różne części tej kroniki były sporządzone w różnym czasie, zatem są one odzwierciedleniem stanu emocjonalnego piszącego. Podczas tworzenia tego dzieła posłużono się informacjami zawartymi w przewodniku "Himalaje Nepalu" Janusza Kurczaba, "Indie Północne i Nepal" wydawnictwa Pascal, oraz dziennikiem podróży Wiktora R.
Zdjęcia pochodzą ze zbiorów Iwony, Lucjana, Romana i Wiktora. Kilka fotek z opisu Indii pochodzi ze strony webshots.com od użytkowników: aivlysweetie, andrewkzt, b_veloso, chanjacqui, davishongkong, dazpinder, hk_backpacker, ja2471, livenbcn, marieceline73, mariejo254, panchk, pfjc, rautrec, roger_beau, sanjutha, sanpassion, suresh_krishna, tasinindia, valdinos.
W niniejszym opisie próbowałem zawrzeć jak najwięcej praktycznych informacji, które mogłyby się przydać osobom wybierającym się w tamten rejon. Po każdym dniu podaje wszystkie wydatki, aby pomóc zainteresowanym w ustalaniu budżetu na wyjazd.
Podsumowanie wyjazdu, ostateczne koszty, jak i porady praktyczne znajdują się na końcu kroniki.
Dobrej jakości zdjęcia z wyjazdu, w formacie 1280x960, można obejrzeć na stronie http://community.webshots.com/user/radoslawek
* Trekking - specyficzna forma turystyki wysokogórskiej, charakteryzująca się pokonywaniem dużych odległości w czasie wielodniowej wędrówki pieszej oraz wznoszeniem się na dużą wysokość, co wiąże się z problemami aklimatyzacji. Trekking uprawiany jest na terenie o słabo rozwiniętej infrastrukturze. (J. Kurczab: "Himalaje Nepalu")
19.09.2006 - 20.09.2006
Pierwszy etap - rajd Honda Civic z Rumi via Cisowa do Gdyni
Bilet do Wawy na pospiech - 28 zl - pociag pelny!!Na dworcu zauwazylem dziewczyne pytajaca sie o autobus na lotnisko. Jest z kolesiem. Proponuje im zebysmy wzieli taxowke i podzielili sie kosztem. Tak robimy - placimy razem 31 zl. Szybko odprawa i 6.45 wylot.W Mediolanie jestem o 9.30, odprawa juz trwa. Szybki sik i do odprawy. Wylot 10.20. Wszystko szybko i sprawnie.
21.09.2006
Na miejscu jestem o 18.00 czasu polskiego czyli o 21.30 lokalnego. Wymieniam 20$ na lotnisku. Kurs w calym Delhi taki sam - 45 rupii za 1$. Za 50 rupi jade rozklekotanym autobusem na dworzec. Na miejscu jestem po 23.
Na dworcu naciagacze i cala reszta zawracaja mnie tlumaczac ze dworzec zamkniety i zeby do niego dojsc trzeba isc inna ulica. Nastepni mowia ze tu niebezpiecznie i zeby wziasc riksze a ona mnie zawiezie do bezpiecznego hotelu. Riksiarz wozi mnie po Delhi przez prawie 2 godziny. Wszystkie hotele do ktorych mnie wozil byly powyzej 25$ totez widzac ze nic nie zalatwi (prowizji od hotelu) zawozi mnie w to samo miesce skad mnie zabral - nagle to jest droga do dworca i dworzec jest otwary. Za ta wycieczkę place mu 50 rupii.
Kolo dworca znajduje posrednika ktory mi zalatwia pokoj z prysznicem za 5$. Riksiarz na rowerze za 10 rupii wiezie mnie do hoteliku. Jestem na miejscu ok. 1.30.
Rano wstaje i musze doplacic 30 rupii za jakas obsluge. Dobra, niech mu bedzie. W nocy nic tanszego i tak bym nie znalazl. Wychodze i ide szukac czegos tanszego.
Do niedzieli bede mieszkal w BRIGHT GUEST HOUSE za 120 rupii za noc. Lazienka na zewnatrz, ale to nie stanowi problemu. W hotelu same trampy.
Ide pozwiedzac New Delhi. Zobaczylem wszystko co sugeruje przewodnik. Nic ciekawego. Na jutro zaplanowalem najwieksze atrakcje Old Delhi. Oby bylo lepiej.
Hindusi masakrycznie upierdliwi. Generalnie Delhi podobny jest do miast Bliskiego Wschodu. Jednak Arabowie sa 100 razy bardziej przyjazni niz Hindusi. Tu ulica nie mozna przejsc, wszyscy cie zaczepiaja, zeby cos sprzedac, przewiezc gdzies lub zeby pojechac do slepu przyjaciela. Do tego przerecaja na cenach, oszukuja i klamia! Sa tak meczacy, ze po calym dniu na miescie ma sie wszystkiego dosyc. Nie wiem czy mozna do tego przywyknac.
Gdy wracalem z kafejki netowej, uslyszalem swojski jezyk. Koles przeczytal polski napis na mojej koszulce i zaczal mnie wolac ;] Okazalo sie ze wlasnie wraca z miesca, gdzie ja sie dopiero udaje. Wrocil z Nepalu z treku dookola Annapurny. Powiedzial ze Nepal to zupelnie inna bajka, o wiele lepiej niz w Indiach. Takze narobil mi smaku. Pracowal przez ostatnie 8 miechow w Irlandi i teraz zrobil sobie wypad. W Nepalu spotkal Zydow, ktorzy tez szli dookola Annapurny, takze zabral sie z nimi. Dalem mu 10 rupii na wode i ustawilismy sie na nastepny dzien.
Wydalem:
360 rupii za 3 noclegi
100 rupii za wejscie do starego fortu
30 rupii mirinda (maly przekret, ale i tak chcial dwa razy tyle)
15 rupii woda mineralna 1l
10 rupii jakies ciacho na miescie
12 rupi woda mineralna 1l
50 rupi riksza w okolice hotelu
15 rupii sok ze swiezo wycisnietych pomaranczy
12 INR - woda
30 INR - 2h netu
50 INR - wykwintna kolacja - duzy nalesnik z warzywami ;]
22.09.2006
Dzis zwiedzanie Old Delhi. Bez porownania o wiele lepszy niz wczorajszy dzien, lecz i tak wrazenia nie najlepsze. Red Fort - chyba najwieksza atrakcja Delhi - zewnatrz prezentuje sie super a w srodku takie nic ;/ Ale ze mnie smutas... ciagle tylko narzekam i narzekam. Najwieksza niespodzianka dzis byla ulewa, co zmusilo mnie do przeczekania jej w restauracji. Fajnie, bo akurat trafilo na dzielnice arabska, a to juz bliskie mi klimaty. Za obiad w dobrej restauracji - kurczak w curry + surowka + 2 grube chleby arabskie + cola wydalem niecale 5 zl ;] Takze szalenstwo...
Wieczorem spotkalem Polaka - Pawla tego od Annapurny. Posiedzielismy chwile a jakis nastepny Polak jak uslyszal mowe ojczysta to przyszedl sie zapytac o wynik meczu Polska-Serbia ;] Troche nas tu jest...
Wydane:
50 INR - riksza do wielkiego meczetu
12 INR - woda
100 INR wjazd do RedFortu
2 INR - ogorek z przyprawa
12 INR - woda
15 INR - Riksza do Raj Ghat
20 INR - Riksza do meczetu
66 INR - obiad
60 INR - riksza do New Delhi
12 INR - woda
42 INR - dlugopis + notes
20 INR - net
140 INR - Foster x2
23.09.2006
Dziś szybka pobudka i przejażdżka do Old Delhi, przespacerować się po Chandni Chowk (główna ulica tej części Delhi). Jakieś pranie i czekam na przybyszów z Polski ;]
Hindusi chyba maja jakiś dar rozpoznawania turystów, którzy dopiero przyjechali, dziś po 3 dniach mogę napisać ze ich natręctwo lekko zelżało...
Wieczorem jadę na lotnisko. O dziwo, wstęp na salę przylotów płatny. Po kilku godzinach czekania, jako jedni z ostatnich pasażerów lotu, wychodzą "oni" czyli: Ewa, Iwona, Jacek, Lucjan, Roman, Wiktor i Zbyszek. Autobusem EATS jedziemy do Paharganj (nie prawdziwa jest informacja zawarta w przewodniku, jakoby autobusy te jeździły tylko do 23.00). Nad ranem jesteśmy w hotelu. Po wejściu nastał gwałtowny atak śmiechu na widok warunków panujących w BRIGHT GUEST HOUSE. No, ale zostajemy tu tylko do wieczora i cena za te 15h - 60 INR ;]
Wydane:
90 INR - baterie Energizery x4
15 INR - woda 1,5l
30 INR - riksza do meczetu
20 INR - riksza do New Delhi
40 INR - śniadanie - ryz z jakimś sosem i pomidorem - znowu wegetariańskie żarcie ;/
30 INR - internet
10 INR - woda
50 INR - obiad
10 INR - sok z trzciny cukrowej
150 INR - riksza na lotnisko
80 INR - obiad na lotnisku
10 INR - kawa
60 INR - wstęp na lotnisko
24.09.2006
Delhi - Gorakhpur
Praktycznie nikt z nas nie śpi, zatem jak tylko zrobiło się jasno wychodzimy z hotelu. Biuro rezerwacji biletów kolejowych jest jeszcze zamknięte, zatem idziemy sprawdzić za ile oferują bilety w jednym z licznych tu punktów "informacji turystycznych". W Indiach można zauważyć wiele biur z napisem w stylu "Tourist Information Office", jednakże są to komercyjni naciągacze i nie mają nic wspólnego z oficjalnymi biurami. Właśnie w jednym z takich prywatnych biur, zaproponowali nam bilety do Gorakhpuru po 1500 INR za osobę... ostentacyjnie wychodzimy :-)
Po otwarciu biura rezerwacji na dworcu, okazuje się, że nie ma takiej ilości biletów na jeden pociąg. Tego wieczora odchodziły do Gorakhpuru dwa pociągi, ale w jednym były tylko 2 miejsca wolne, a w drugim 4. Facet zaproponował nam rozdzielenie się i jedna grupa pojechałaby dziś a druga jutro. Niestety, to nie wchodziło w grę, za bardzo się polubiliśmy żeby się teraz rozdzielać :-) Szybka decyzja - kupujemy te 4 bilety i jedziemy razem w ósemkę, jakoś to będzie :-) Jeden bilet kosztuje 300 INR (cóż za różnica w porównaniu z 1500 INR), czyli dla nas na głowę wychodzi po 150 INR. W tym samym czasie Jacek zasypia na fotelu w poczekalni :-)
Idziemy pokręcić się trochę po Paharganju, niektórzy poszli się zdrzemnąć do hoteliku. Mnie zaczynają łapać problemy żołądkowe i będą trzymać do pierwszego dnia trekkingu, czyli kolejne 5 dni. W tym czasie praktycznie nic nie jadłem (raz na 2 dni jakiś ryż) tylko dużo piłem.
Przed 20.00 jesteśmy na peronie. Trochę się gubimy, znaleźliśmy jakiś pociąg do Gorakhpuru, ale nie ma nas na liście pasażerów. Trudno, przecież mamy bilety. Ładujemy się do środka, wyganiamy jakiś Hindusów, którzy siedzą na naszych miejscach. Po jakiś 2h przychodzi konduktor i zaczyna się draka. Hindusi coś krzyczą i pokazują na nas palcami. Okazuje się, że... to nie nasz pociąg!! A już tym bardziej nie nasze miejsca, a my tych biedaków wywaliliśmy :-) Nasz pociąg jedzie za nami. Konduktor chce nas wywalić na następnej stacji, ale nasz prawidłowy pociąg się na nim nie zatrzymuje. Wychodzimy w jakimś obskurnym miejscu. Wszędzie brud, wygląda to jak obóz dla uchodźców, ludzie śpią gdzie popadnie. Kierownik dworca nam pomaga i kontaktuje się z naszym pociągiem by się specjalnie dla nas tu zatrzymał. Ewa źle się czuje, na odchodne rzuca pawia na peron. Ludzi to w ogóle nie szokuje, jakiś pan zaraz to sprzątnął :-) Wchodzimy do pociągu, zajmujemy już nasze prawidłowe miejsca. Kanar sprawdza bilety, trochę nie zgadza się ilość, ale macha ręką bo już chyba nie chce się z nami kłócić :-) Ruszamy, po dwie osoby na jednym łóżku, ale najważniejsze, że w stronę Nepalu.
Wydane:
12 INR - woda
25.09.2006
Gorakhpur - Katmandu
Przyjeżdżamy do Gorakhpur o 10.30. Idziemy do agencji turystycznej, z której korzystał w zeszłym roku Roman. Znajduje się ona naprzeciwko dworca. Za transport z Gorakhpuru do Katmandu i z powrotem płacimy po 800 INR (o wiele lepszym rozwiązaniem jest transport na własną rękę bez pośrednika). Do granicy w Sunauli jedziemy busem. Koleś wziął kasę za dodatkowe 4 miejsca na bagaż, jednak dał nam tylko dwa. W autobusie tłok.
Około 21.00 jesteśmy Sunauli. Napadają na nas rikszarze, którzy oferują podwózkę pod granicę z Nepalem. Według nich jest to strasznie daleko, ale ryzykujemy. Po kilkunastu minutach jesteśmy na przejściu granicznym. Granica to po prostu brama, Nepalczycy i Hindusi przechodzą sobie przez nią bez żadnych problemów, jakby to było jedno miasto. Obcokrajowcy jednak muszą przejść przez wszystkie biurokratyczne procedury. Przed samą granicą, po prawej stronie znajduje się punkt kontroli paszportowej, a raczej wystawiony przed budynkiem stół z trzema facetami. Następnie zaraz po minięciu bramy, także po prawej stronie znajduje się nepalski posterunek graniczny. Trzeba wypełnić wniosek wizowy, dołączyć zdjęcie i zapłacić 30$ (przyjmują tylko odliczone dolce). Wnioski wizowe na dole w galerii.
Idziemy do biura podróży, spod którego odjeżdża nasz autobus do Katmandu. Znów pełno ludzi, przejście w autobusie między fotelami jest pełne jakiś worków, także żeby się dostać na miejsce, trzeba się przeciskać na kolanach po tych worach. Po drodze łapiemy jeszcze gumę i tracimy kolejne godziny na wymianę opony.
Wydane:
1000 INR - transport (reszta do wspólnych)
10 INR - banany
30$ - wiza
26.09.2006
Katmandu
O 8.00 jesteśmy w Katmandu. Już na nas czeka taksówka z hotelu ENCOUNTER, w którym także w zeszłym roku spał Roman. Hotel bardzo fajny, dużo obcokrajowców, którzy albo wracają albo wybierają się w góry, także można zasięgnąć praktycznych informacji. Rozpakowujemy się i w kimę.
Po południu wychodzimy zwiedzić Thamel - dzielnica pełna turystów, w której mieści się większość tanich hotelików. Jest to takie centrum Katmandu, mieszczą się tu kafejki internetowe, kantory, restauracje i masa sklepów turystycznych z podróbkami (głównie North Face a) z Chin. Turyści są tu nieustannie męczeni przez różnorakich naciągaczy. Można tu kupić wszystko. Co chwilę ktoś oferuje swoje produkty, a gdy przyjdzie wieczór to słychać: "Hash? Hash?"
Wymieniamy kasę - 1$ to ok. 70 NPR, ale Wiktor załatwia nam kurs po 74 NPR za dolca.
Ważne! Jeśli chodzi o komórki to w Nepalu roaming ma tylko Era. Orange podaje na swojej stronie, że niby też ma, ale jest zwykła konfabulacja. Oczywiście na szlaku już żadna sieć nie ma zasięgu.
Wydane:
400$ - wymiana - ok. 29600 NPR
20 NPR - ryż
10 NPR - herbata
20 NPR - woda
500 NPR - spodnie + bluzka z cienkiego polaru
27.09.2006
Katmandu
Początkowo dziś już mieliśmy jechać do Jiri, skąd rozpoczynamy trekking, ale że byliśmy zmęczeni i niewyspani to dzisiaj zrobiliśmy dzień lenia.
Bierzemy rikszę, żeby pozwiedzać trochę stolicę Nepalu. Umawiamy się na 2h za 150 NPR. Zwiedzamy kilka stup i świątyń, poczym docieramy do centralnego placu miasta - Durbar Square. Jest tu zgrupowana większość najciekawszych zabytków miasta. Jako, że trafiliśmy na jakieś święto (teraz słowo święto=festiwal będziemy słyszeć bardzo często), to nie płacimy za wstęp. Znajduje się tu pałac królewski a także liczne świątynie. Niezłe, ale czytając przewodniki miałem większe oczekiwania. Meczą nas naciągacze, sprzedający różne pamiątki. Wiktor kupuje szachy za 3$, których początkowa cena wynosiła 100 euro!! Nikomu z nas nie udało się pobić tego rekordu targowania :-) W drodze powrotnej jedziemy jeszcze kupić bilety na jutro do Jiri - wyjazd 5.30, cena 275 NPR. Gdy nas rikszarze zawieźli z powrotem do Thamelu, okazało się że jeździliśmy nie 2 a 3h. Za dodatkową godzinę policzyli sobie 200 rupii!! Także za 2 pierwsze mieliśmy zapłacić 150 i za ostatnia 200 NPR!! Było bardzo ostro, a nasz spór zakończył w końcu policjant, który okazał się wielkim Salomonem i rozstrzygnął, abyśmy im zapłacili za tą trzecią godzinę po 100 NPR.
Przed powrotem do hotelu udaliśmy się jeszcze do restauracji. Nie był to dla mnie miły wypad. W czasie kiedy czekaliśmy na obiad, jakiś ktoś zawinął mi aparat. Podejrzenie padło na kręcącego się koło nas mnicha buddyjskiego, który nagle bardzo szybko się ulotnił. Niestety, w tym tłumie ludzi, który był na zewnątrz niemożliwe było go odnaleźć. Bez względu na to czy nasze podejrzenia co do mnicha były słuszne, to od tego momentu każdy Tybetańczyk z wygoloną głową był postrzegany przeze mnie jako kryminalista.
Po powrocie, menadżer hotelu sprzedaje nam bilety lotnicze (open) z Lukli do Katmandu. Normalnie turyści płacą za nie między 90 a 100$, my zapłaciliśmy 74$ :-) Cóż, widocznie taki przywilej grupy ośmioosobowej...
Ze względu na zaistniałą sytuację z aparatem, od dzisiejszego dnia nie chciało mi się robić żadnych notatek z wyjazdu. Wyłapałem doła i było mi wszystko jedno. Przestałem pisać na geoblogu.
Wydane:
74$ - bilet lotniczy
1200 NPR - spodnie goretexowe
400 NPR - skarpety trekkingowe
300 NPR - rękawiczki gore
150 NPR - czapka
60 NPR - zupa momo
28.09.2006
Katmandu - Jiri
Wstajemy rano, a właściwie to jeszcze w nocy, bo o 3.30. W góry bierzemy tylko najpotrzebniejsze rzeczy, także wszystko co zbędne (m.in. akordeon, pluszaki, ekspres do kawy ;-)) zostawiamy w depozycie w hotelu. Taksówki już na nas czekają.
4.10 jesteśmy na dworcu autobusowym. Jest jeszcze ciemno. Istne szaleństwo! Bałagan jakich mało, pełno autobusów, pełno ludzi, pełno śmieci. Ktoś nawet urządził śmietnisko na dworcu! Numery autobusów są oznaczone w ich znaczkach, zatem dość długo trwało zanim znaleźliśmy właściwy. Nie zajmujemy jednak miejsc siedzących w autobusie tylko idziemy na dach. Ot... taka fanaberia Polaków ;-) Zresztą ludzie byli zadowoleni, bo ci co mieli jechać na dachu, mogli zasiąść na droższych miejscach w środku. Nasz kierowca jest przynajmniej o połowę młodszy od autobusu! Kierowca ma z lat 17-18, a autobus między 30 a 40 ;-) O 5.30 wszystkie autobusy na raz ruszają. Tworzy się gigantyczny korek, trąbienie i niesamowity smog, który drażni nasze gardła. Po ponad godzinie udaje się nam wyjechać z dworca!
Widoki wspaniałe! Drogi wąskie, kręte a metr obok już przepaść. Zbyszek ma lęk wysokości, więc co chwilę słychać dramatyczne krzyki, co wzbudza śmiech wśród Nepalczyków. Najgorsze, że ci szaleni kierowcy, na tych wąskich drogach jeszcze się wyprzedzali nawzajem. Po naszym trekkingu dowiedzieliśmy się, że jeden z takich autobusów na tym odcinku miał wypadek i zginęło ponad 40 osób. Słońce ładnie nas opaliło podczas tej jazdy na dachu - Lucjan tak zjarał sobie nogi, że później już ciężko było go zobaczyć w krótkich spodenkach ;-) Przed samym Jiri widzimy jeszcze wypadek. Jakaś ciężarówka wypadła z drogi.
O 18.00 jesteśmy w Jiri. Szybko znajdujemy nocleg w lodgy (prymitywny hotelik, gdzie za nocleg, jeśli korzysta się z miejscowego jedzenia, płaci się grosze).
Wydane:
70 NPR - dal bhat
200 NPR - kolacja
29.09.2006
Jiri - Deorali
Dziś w godzinach bardzo porannych, uroczyście zakończyłem zatrucie pokarmowe i biegunkę ;-)
Wychodzimy o 9.00 (mieliśmy godzinę wcześniej). Po drodze, ja, Jacek i Zbyszek kupujemy czołówki (to jedyny chyba w Jiri sklep z rzeczami trekkingowymi i ostatni przed Namche Bazar).
Wchodzimy na szlak i po kilku chwilach, żeby nie było nudno, mamy pierwszą krew ;-) Ewa poprosiła Jacka żeby jej wyciągnął coś z plecaka. Jacek włożył rękę do plecaka, grzebie, grzebie... i nagle pisk jak małej dziewczynki! Ewa zapomniała, że w plecaku miała nożyczki no i Jacek się nadział...
Chwilę później, podczas przerwy na śniadanie, Zbyszek poszedł po wodę. Pożyczył od Romana tubkę z witaminami żeby rozpuścić w butelce. Woda zaczęła się dziwnie pienić, ale mimo to, spragniony Zbyszek pociągnął z gwinta kilka dobrych łyków. Za chwilę zaczyna pluć! Roman sprawdza te witaminy, a to był jego proszek do prania, który trzymał w tubce po witaminach, żeby się nie rozsypał ;-) Zbyszek później stwierdził, że faktycznie zaczęło się dziwnie pienić, ale był pewien, że ten proszek to jakieś "drogie witaminy trekkingowe"!! ;-)
Iwona odpada. Brzuch, głowa, noga i to wszystko pierwszego dnia, pech...
Robi się ciemno, w ruch poszły czołówki... Przed 20.00 dochodzimy na przełęcz Deorali (Changme La, 2705 m). Zostajemy tu na noc. Mieliśmy dziś dojść do Bhandar, ale o tej godziny to już nie ma sensu.
Zbyszek znów się popisuje... tym razem wepchnął korek do środka termosu... ;-)
Jestem w pokoju z Jackiem i Luckiem. W nocy słyszę krzyki w pokoju, więc jak w owczym pędzie również zaczynam się drzeć!! No i tak wyjemy przez pewien czas. Pomyślałem, że ktoś się włamał do pokoju i właśnie wtedy zalega cisza! Mówię do Lucka, żeby zapalił światło. Patrzymy, a tam Jacek w śpiworze siedzi na podłodze! Właśnie się przebudził i nie wiedział skąd to zamieszanie!! Okazało się, że w nocy lunatykował, podszedł do Lucjana, złapał go i zaczął krzyczeć: "gdzie my jesteśmy?!", a Lucjan też krzycząc: "w Nepalu, w Nepalu!!", ja słyszałem tylko krzyki więc odruchowo też krzyczałem ;-) Pobudziliśmy wszystkich, nawet właściciel przybiegł!! Jak się okazało, że to Jacek, to rechot był przez dobre kilkanaście minut. Ja jednak miałem stracha zasypiać w pokoju z Jackiem, on też się bał żeby już nic nie wywinąć, toteż długo nie mógł zasnąć ;-)
Wydane:
50 NPR - płatki
20 NPR - woda
20 NPR - cukierki
220 NPR - czołówka
30 NPR - woda
30.09.2006
Deorali - Seti
Rano - cud! Iwona wczoraj zupełnie niewyglądała a dziś rano wszystko w porządku i aż się pali do drogi ;-) Niestety Ewka czuje się gorzej.
Wychodzimy znów z godzinnym opóźnieniem o 9.00.
W wiosce Kenja (1630 m) robimy przerwę na jedzenie. Na bramie wejściowej do wioski wymalowany sierp i młot. Podczas czekania na posiłek podchodzi dwóch gości i z nami rozmawia. Za chwilę jeden z nich wyciąga bloczek i mówi, że mamy mu zapłacić po 2500 NPR na głowę! No tak, stało się to na co czekaliśmy. Na tych terenach panują bojówki maoistowskie, które są opozycją dla króla Nepalu. W ubiegłych latach często dochodziło do starć, jednakże obecnie jest rozejm i maoiści są rozbrojeni. Patrzymy na tych dwóch, nie mają żadnej broni, mali, chudzi... Szybka decyzja - w dupie! Nie płacimy! Ich jest tylko dwójka a na ośmioro! Roman robi sobie z nimi zdjęcie. Odchodzą, myślimy że mamy ich z głowy. Po obiedzie ruszamy dalej na szlak, ale wyskakuje znów tych dwóch, tym razem z kijami! Straszą nas, krzyczą, nawet jeden z nich się zamachnął. Mimo to, mając wielkiego Jacka na przedzie, posuwamy się naprzód. Maoiści na podejściu nas wyprzedzają i biegną gdzieś dalej. Mamy stracha, żeby nie zjawili się uzbrojeni z jakąś bandą. Spotykamy ich w następnej wiosce, odszukali oni jakiegoś tłumacza (sami nie mówili po angielsku) i zaczyna się debata. Tłumaczy nam, że on jest tylko "małym maoistą" i jak pójdziemy dalej to spotkamy "dużych maoistów" i wtedy będziemy musieli zapłacić 5000 NPR. Później jego żądania przechodzą w prośby... schodzi z ceny, ale my i tak go olewamy i idziemy dalej. Zobaczymy, co będzie to będzie. Najgorsze, że przez nich straciliśmy parę godzin.
W trakcie "walk" z maoistami dołączył do nas jakiś Szwed, którego też zatrzymali i pewnie gdyby nie my, to by zapłacił. Powiedział, że z polską armią czuje się bezpieczniej ;-) Poza tym, koleś był naprawdę szybki - w jeden dzień przeszedł prawie tyle co my w dwa. No, ale on pracuje w jakimś parku narodowym w górach w Szwecji, także jak sam powiedział, to jego praca.
Przez tych maoistów straciliśmy dużo czasu, także nadrabiamy marszem z czołówkami. Jest ciemno, robi się wilgotno i wychodzą pijawki. Na zmianę słychać krzyki i przekleństwa, bo coś na kogoś wlazło. Najwięcej pijawek łapie Roman, co staję się już regułą ;-)
Dochodzimy do jakiejś lodgy i bez sprawdzania bierzemy nocleg. Jest zbyt późno i jesteśmy zbyt zmęczeni, żeby iść dalej. Chyba najgorsza lodga na naszej trasie. Dziewczyny dostały pokój, w którym była taka wilgoć, że śmierdziało jak z kurnika. Na szczęście był jeszcze jeden pokój, do którego się przeniosły.
Zbyszek znów się wyróżnił ;-) Zaczął biegać jak szalony, że ma na ciele pijawkę. Po chwili stwierdził, że to nie pijawka a kleszcz. Ostatecznie okazało się że był to brud!! ;-)
Wydane:
35 NPR - zupka
115 NPR - ryż z warzywami + ciepła woda + mleko + herbata
1.10.2006
Seti - Junbesi
Wychodzimy w końcu o 8.00 ;-)
Jest ciepło, ale chmury przeszkadzają w podziwianiu widoków.
Przed 11.00 zatrzymujemy się w lodgy na obiad. Ciężko nam się z panią dogadać. Poza tym nigdzie nie zapisała co zamówiliśmy i ciągle trza było jej przypominać. Jedzenie przygotowywała tak wolno, że Ewa zdecydowała się pomóc gospodyni. Tym razem autorem najbardziej interesującej sceny był Roman. Otóż Szerpowie to raczej ludzie niscy, zatem w domach drzwi również nie są duże. Co jakiś czas, każdy z nas sobie o tym boleśnie przypominał, jednakże Roman pobił wszystkich. My siedzimy przy stole i słyszymy wychodzącego z kuchni Romana, który chce nam szybko powiedzieć coś niezwykłego i mówi: "Słuchajcie..." i dokładnie w tym momencie uderza z impetem w futrynę! Przywalił głową tak mocno, że aż zwaliło go z nóg! W sumie straszna historia, ale pękaliśmy ze śmiechu ;-)
Przechodzimy przez las rododendronów, przepiękne tereny jak z żywca przeniesione z filmu fantasy. Szkoda jednak, że nie dbają o te niesamowite miejsca i wycinają drzewa bez opamiętania. Można tu zobaczyć tereny, gdzie po lasach zostały tylko pniaki.
Dziś mamy prawie 1000 m podejścia, a następnie prawie 900 m zejścia. Po raz pierwszy przekraczamy granicę 3000 m - docieramy na przełęcz Lamjura La (3530 m). U kilku osób pojawia się mały ból głowy, który szybko przechodzi w czasie zejścia.
Po drodze Zbyszek próbuje przejść się z bagażem 16-letniego Szerpy. O przejściu musiał szybko zapomnieć, ponieważ ledwo go podniósł i zdołał się tylko obrócić dookoła własnej osi. Na jego oko, ten ładunek ważył jakieś 60 kg ;-) Może trochę przesadzone, ale wielki szacunek pod tym względem dla Szerpów.
Ok. 17.00 dochodzimy do Junbesi (2675 m). Zatrzymujemy się przy pierwszej napotkanej lodgy. Jacek i Wiktor idą sprawdzić warunki. Jackowi strasznie chce się lać, zatem pierwsze co, to ogląda kibel. Wyszedł z uśmiechem na twarzy - "zostajemy" ;-) Okazało się, że trafiliśmy chyba na najlepszą lodge w Junbesi. Dzieci gospodarzy siedziały w USA, zatem mieli szmal żeby zainwestować w chatę. W środku wszystko z drzewa, gospodyni robiła własnoręcznie makaron, mają własny ogród z warzywami a na piętrze znajduje się nawet maleńkie muzeum. Później gospodyni opowiadała nam, że maoiści przyczepili się do niej za zbyt komfortowe warunki panujące w jej domu. Według nich powinna mieszkać w skromniejszych warunkach. Jedzenie jedno z lepszych w całym Nepalu!
Wydane:
70 NPR - makaron z warzywami + herbata
90 NPR - dal bhat + herbata
2.10.2006
Junbesi - Manidingma (Nuntala)
Ranek wita nas przepięknym widokiem na Numbur (6959 m).
Wychodzimy przed 9.00.
Po drodze pierwsze upadki Ewy i Jacka, a Romana dopadają dolegliwości żołądkowe.
Od przełęczy Tragsindo La (3071 m) schodzimy ponad 800 metrów cały czas w dół. Moje kolana boleśnie to odczuwają.
Wieczorem znów pojawiają się pijawki.
O 18.45 jesteśmy w lodgy w Nuntala (2200 m). Spotykamy tu parę Holendrów, z którą będziemy się jeszcze mijać parokrotnie na szlaku. Wiktor nawet po prysznicu znalazł pijawkę na szyi.
Wydane:
70 NPR - naleśnik z bananem
60 NPR - 2 jaja na twardo
3.10.2006
Manidingma (Nuntala) - Kharikhola
Wychodzimy o 8.00 i od razu 700 metrów w dół do Dudh Kosi, gdzie przekraczamy rzekę. Moje kolana jeszcze nie odpoczęły po wczorajszym zejściu a tu od razu kolejna masakra. Dobrze, że to już koniec zejścia, bo już się liczyłem z założeniem bandaży elastycznych. Od tego momentu mamy w końcu podejście, także końcówkę przyciskam i mijam Holendrów, którzy tego dnia wyszli przed nami.
O 12.45 jesteśmy już w Kharikhola (2070 m). Trafiamy do lodgy prowadzonej przez trzy kobiety. W jadłodajni były wywieszone certyfikaty męża jednej z nich, które potwierdzały jego 6 wejść na Mount Everest. Myjemy się, robimy pranie, odpoczywamy.
Wydane:
20 NPR - mleko
260 NPR - makaron z warzywami + naleśnik + poranna kaszka
4.10.2006
Kharikhola - Surkhe
Wychodzimy po 8.00. Dziś prawie 1000 metrów podejścia.
Większość czasu idziemy w dżungli, cały czas towarzyszy nam mgła, co tylko bardziej podkreśla klimat tego miejsca.
W Bupsa (2560 m), zwiedzamy szybko stupę i gompę. W lodgy na przełęczy Khari La (3080 m) jemy obiad. Jest to granica między rejonami Solu i Khumbu (razem stanowią dystrykt Solu Khumbu). Spotykamy też tu Francuzów, którzy się pytali czy to my jesteśmy tą grupą, która nie zapłaciła maoistom. Stajemy się żywą legendą! ;-)
Dzisiaj ja wywinąłem orła ;-) Zrobiłem fikołka na kamieniach, na szczęście całe uderzenie wziął na siebie plecak, także nawet nie poczułem, że miałem jakąś wywrotkę.
Roman źle się czuje, jednak mamy dobre tempo. Mijamy wioskę, w której mieliśmy spać (Poyan - 2830 m) i o 17.20 dochodzimy do Surkhe (2340 m).
Wydane:
100 NPR - dal bhat
100 NPR - zupa czosnkowa + jajo
5.10.2006
Surkhe - Benkar
Wychodzimy o 8.00.
Dziś w końcu piękna pogoda i dużo słońca.
Od wsi Chablung na szlaku zaczyna się robić tłoczno. Jest to miejsce, gdzie nasza droga łączy się ze szlakiem na Luklę, a więc miejscowości gdzie znajduje się lotnisko. Większość turystów leci samolotem do Lukli a dopiero potem wyruszają na szlak w stronę Namche Bazar. Po pierwsze dlatego, że nie chce im się iść z Jiri, ponieważ dotarcie do Chablung trwałoby, tak jak w naszym przypadku, prawie tydzień a samolotem kilka godzin. Po drugie mają stracha przed bojówkami maoistowskimi, które kontrolują te tereny. Po trzecie dla większości Brytoli, Szkopów czy Jankesów wydatek ok. 100$ nie stanowi wielkiego nadwyrężenia budżetu. Jednakże zazwyczaj są oni gorzej zaaklimatyzowani, od osób które szły z Jiri. Do tej pory spotkaliśmy na drodze 6 obcokrajowców, teraz mijamy tyle co 10 min! Ludzie w każdym wieku i o każdych gabarytach. Większość z wynajętymi Szerpami do noszenia bagażu. Od tego też momentu standard hotelików poprawia się, ale rosną też ceny.
W miejscowości Ghat (2540 m) zatrzymujemy się na obiad. Jest stąd piękny widok na Kusum Kang Guru (6367 m, najtrudniejszy z tzw. "szczytów trekkingowych"). Spotykamy też dwójkę Polaków z Anglii - Marcina i Piotrka.
O 13.50 jesteśmy w Benkar (2700 m). Nocujemy w pierwszej lodgy. Gdy kobieta słyszy, że szliśmy z Jiri, to ceny noclegu spadają o połowę (płacimy 25 NPR) i prysznic mamy za darmo (prysznic = miska z gorącą wodą).
Wydane:
60 NPR - płatki
150 NPR - makaron z warzywami + herbata
140 NPR - placek + naleśnik
150 NPR - ryż z warzywami
6.10.2006
Benkar - Namche Bazar
Wychodzimy przed 8.00.
Przy wejściu do Parku Narodowego Sagarmatha kupujemy wejściówki (nie prawdą jest, że posterunki kontrolne na trasie pobierają opłaty w podwójnej wysokości).
Idziemy wzdłuż bardzo malowniczej rzeki Dudh Kosi. Końcowy odcinek to 500 metrowe podejście. Po drodze widzimy po raz pierwszy wierzchołek Mount Everestu.
O 13.00 jesteśmy w Namche Bazar (3440 m), w miejscu które pierwotnie było moim celem. Nie spodziewałem się, że dam radę dojść gdzieś dalej. Czekając na dziewczyny, pijemy herbatę w pierwszej lodgy. Siedzi z nami jakiś młody Szerpa, który ma polar pełny reklam polskich firm i przyczepioną odwrotnie flagę polską (choć według Zbyszka jest ok. ;-)). Koleś utrzymuje, że był z Martyną na Evereście (choć akurat to żadnym powodem do dumy być nie musi), jednak bardziej prawdopodobne jest, że dostał ten poler jak ekipa wracała do domu.
Zatrzymujemy się w Friendship Lodge, gdzie Roman był w zeszłym roku i sobie chwalił. Zamawiamy w lodgy "Yak Steak with Vegetable and Chips" ;-) Jednak niezbyt to dobre było. Mięso jakby mielone a nie stek. Smakuje jak zwykła wołowina.
Roman idzie do lekarza. Dostaje jakieś piguły na kaszel.
Spotykamy się w naszej lodgy z wcześniej poznanymi Marcinem i Piotrkiem. Narzekają na swojego Szerpę, gdyż namawia ich na lodge i pobiera za ich nocleg prowizję.
Namche Bazar było kiedyś wielkim centrum handlowym, gdzie zboże z południa wymieniano na sól z Tybetu (tak jak w filmie "Himalaya"). Teraz to typowa turystyczna miejscowość pełna hotelików i sklepów z artykułami trekkingowymi. Można tu dostać niektóre towary, których nie ma w Katmandu a także po lepszych cenach. Co sobotę odbywa się tu targ.
Wydane:
70 NPR - musli
500 NPR - zrzuta
1000 NPR - wstęp do parku
150 NPR - makaron z warzywami + herbata
235 NPR - stek z jaka
70 NPR - srajtaśma + chusteczki
60 NPR - 2 jaja
15 NPR - ginger tea
360 NPR - kartki pocztowe
7.10.2006
Namche Bazar
Dzień luzu i aklimatyzacji.
Wystarczy trochę schodków i od razu ma się zadyszkę.
Robimy pranie i zakupy. Jest tu nawet Internet, na 3440 metrach wysokości!! Jednak dość drogi.
Dowiadujemy się, że 2 dni temu był tu Krzysztof Wielicki z grupą (komercyjne wejście), ale ludzie się rozchorowali i musieli schodzić.
Rzeczy, które się nam nie przydadzą wyżej (m.in. krótkie spodenki itp.) zostawiamy w depozycie w naszej lodgy.
Wydane:
100 NPR - momo
90 NPR - 9 wafelków
60 NPR - puszka tuńczyka
20 NPR - 2 wafelki
40 NPR - 2 zupki chińskie
50 NPR - mydło
200 NPR - pokrowiec na plecak
700 NPR - koszulka termoaktywna z długim
500 NPR - bluza
1600 NPR - windstopper
90 NPR - lipstick (ważne!)
85 NPR - spring roll
8.10.2006
Namche Bazar - Tengboche
Wychodzimy o 8.00.
Oddycha się jakoś dziwnie. Na szlaku tłoczno. Po drodze piękne widoki na Taweche (6542 m), Ama Dablam (6856 m), grupę Everestu oraz Thamserku (6608 m) i Kangtegę (6685 m).
Ostatnie dwie godziny to ciągłe podejście. Ewa znów źle się czuje.
O 13.00 jesteśmy w Tengboche (3860 m). Jest tu sporo ludzi, zatem ciężko o nocleg, a jak już jest to nietani. Zwiedzamy klasztor i idziemy na modły. Trwają dość długo, większość turystów zmywa się po 0,5-1h, my siedzimy dalej. Nasza wytrwałość została wynagrodzona - częstują nas czymś w rodzaju faworków (twarde) i czymś z ryżu. Iwona pogrążona w głębokiej medytacji zasypia ;-) To znak, że pora wyjść.
W Tengboche ponoć jest jeden z piękniejszych widoków na Himalaje. Nam się nie udaje tego sprawdzić, ponieważ od dojścia w to miejsce, wszystko zakrywają chmury.
Znów spotykamy się z Marcinem i Piotrkiem. Wymienili Szerpów. Teraz są zadowoleni, bo załatwiają im dobre noclegi, są młodsi i wyglądają na godnych zaufania.
Ewa leży w pokoju z gorączką i jak to ona ma w zwyczaju, nawet w takiej sytuacji utrzymuje, że jest wszystko OK ;-) Jacek znalazł w plecaku grochówkę, dorzuciliśmy do tego makaron z zupki chińskiej i mieliśmy wielką ucztę.
W lodgy cholernie zimno!!
Wydane:
75 INR - płatki
140 INR - makaron z wołowiną
60 NPR - 2X lemon tea
9.10.2006
Tengboche - Pheriche
Wstajemy przed wschodem słońca i oczom uwierzyć nie możemy!! Dookoła Tengboche wspaniały widok na ośnieżone szczyty, a wszystkie tak niesamowicie blisko. Najładniej się prezentuje Ama Dablam.
Podczas całej trasy towarzyszy nam widok na Ama Dablam, niesamowita góra!
Większość turystów dochodzi tylko do Namche Bazar lub do Tengboche, zostaje na jedną noc i wraca. Dlatego od teraz na trasie jest znacznie luźniej.
Razem z Wiktorem odrywamy się od peletonu i już o 13.00 jesteśmy w Pheriche (4250 m). Na kolejne osoby czekamy od 0,5 do 2h. Szybkie tempo marszu Wiktor przypłaca pękniętą żyłką w oku. Jest nauczka, że za szybko chodzić też nie można. Dziewczyny gubią drogę. Razem z Wiktorem i Luckiem idziemy je szukać. Podczas wchodzenia na wzniesienie, widzimy że dziewczyny już są niedaleko lodgy. Niesamowite, ale same odnalazły drogę ;-) Cóż, jak już weszliśmy na połowę wzniesienia, to już nie będziemy zawracać. Z góry fajny widok, krajobraz już zupełnie inny - bardziej surowy, brak trawy, no i już czuje się zimno.
W Pheriche znajduje się punkt medyczny. Ewa na wszelki wypadek idzie się zbadać. Niby wszystko wyszło, że jest w porządku. Pani doktor proponuje Ewie, że jak pomoże jej przy jakimś pacjencie z Polski, to zapłaci mniej za poradę. Okazuję się, że koleś w ogóle nic nie mówił (wcale nie było pewne czy to faktycznie Polak), leżał półprzytomny na łóżku i wyglądał (wg Ewy) jak wariat ;-) Pościemniała trochę przy nim i zapłaciła około 1000 NPR. Przy okazji warto dodać, że pani doktor zwlekała z wzywaniem helikoptera po tego gościa, który już miał poważne objawy choroby wysokogórskiej, gdyż... nie dał jej ubezpieczenia!! Sama nie chciała mu grzebać w plecaku, także trwała w impasie. Po interwencji kilku osób z naszej grupy, stwierdziła, że otworzy plecak komisyjnie.
Dziś ktoś puścił plotę, że czosnek działa zapobiegawczo na chorobę wysokościową i teraz w każdej kolejnej lodgy wyjadaliśmy gospodarzom to warzywo.
Od dzisiejszego dnia, razem z Marcinem i Piotrem, stanowimy już jedną grupę.
W lodgy klucze pasowały do różnych drzwi. Ewa otworzyła swoim kluczem drzwi do Romana i Wiktora, co sprawiło, że poczuliśmy się bardzo bezpiecznie ;-).
Wydane:
100 NPR - płatki
500 NPR - zrzuta
140 NPR - makaron z warzywami
10.10.2006
Pheriche
Dzisiaj dzień aklimatyzacji. Był pomysł żeby przejść kawałek do kolejnej miejscowości, ale ostatecznie zostajemy i aklimatyzujemy się. Ewa też nie czuje się najlepiej (dalej utrzymuje jednak, że jest w porządku ;-)) także ten dzień wolnego i jej się przyda.
Trochę o chorobie wysokościowej (wysokogórskiej):
Na poziomie morza stężenie tlenu wynosi ok. 21%, a ciśnienie atmosferyczne 760 mmHg. Ze wzrostem wysokości, stężenie pozostaje to samo, ale ilość cząsteczek tlenu w oddechu maleje. Już na wysokości 3658 m. n.p.m., czyli poniżej Tengboche, w którym byliśmy dwa dni temu, ciśnienie atmosferyczne wynosi tylko 483 mmHg, jest więc w przybliżeniu o 40% cząsteczek tlenu mniej w oddechu. Im wyżej n.p.m. tym więcej powietrza musimy dostarczyć do płuc (wdychać) by organizm otrzymał tą samą ilość tlenu.
Choroba wysokościowa występuje u około 25% osób wchodzących na wysokość powyżej 2500m i u 75% na wysokości 4500m, głównie u osób niezaaklimatyzowanych. Częściej chorują kobiety.
Podczas trekkingu do bazy Mount Everestu, kiedy przekracza się wysokie przełęcze (powyżej 5000 m) kłopoty aklimatyzacyjne nie omijają w zasadzie żadnego z turystów. Może pojawić się silny ból głowy, zaburzenia równowagi, bezsenność, brak apetytu, nierzadko zdarzają się torsje. Ostra choroba wysokościowa może prowadzić do śmierci. Innymi groźnymi chorobami są obrzęk płuc i mózgu.
Aklimatyzacja oznacza stopniowe przystosowywanie się do warunków panujących na dużych wysokościach, głównie do zmniejszonej ilości tlenu w powietrzu. Człowiek nagle przetransportowany na Mount Everest w ciągu kilku minut traci przytomność i umiera, natomiast osoba dobrze zaaklimatyzowana może zdobyć ten szczyt nawet bez stosowania dodatkowego tlenu. Tempo aklimatyzowania się organizmu jest cechą indywidualną. Czas utraty aklimatyzacji równa się czasowi jej uzyskania.
Aby prawidłowo się zaaklimatyzować nie należy rozwijać zbyt dużego tempa w czasie trekkingu. Przekroczenie wysokości 3500 m powinno nastąpić nie wcześniej niż po 3 dniach stopniowego wznoszenia się, 4500 m po dalszych 4 dniach. Powyżej 3000 m różnica wysokości pomiędzy kolejnymi noclegami nie powinna być większa niż 300 m. Po każdym 1000 m zdobytej wysokości należy zrobić jeden dzień odpoczynku. Powinno się też unikać bezpośredniego transportu powyżej 2750 m.
(info. z http://www.kowalewo.republika.pl/fizjologia.htm, http://medeverest.webpark.pl/medycyna_wysokosciowa/MEDYCYNA_WYSOKOSCIOWA.html, http://adrenalina.onet.pl/1066624,888,1754,praktyka.html, oraz J. Kurczab: "Himalaje Nepalu")
Dla chętnych wycieczka fakultatywna na Nangkar Tshang (5080 m), w celu zdobycia lepszej aklimatyzacji. Wyruszamy w grupie: ja, Jacek, Lucjan, Wiktor oraz Marcin i Piotr ze swoimi Szerpami. Piękne widoki na Ama Dablam. Po drodze spotykamy Japończyka w jeansach, który miał ze sto lat! Motywuje nas to do wysiłku, skoro on dał rade tu dotrzeć to my musimy wejść na samą górę! Na samym szczycie poczułem w głowie lekkie zawroty, tak jak miałbym mdleć. Reszta osób miała ubaw po pachy, bo znów niby panikuje ;-) Wiktor poradził mi, żebym usiadł i przez parę minut odpoczął (on też nie czuł się najlepiej i robił to samo). Faktycznie pomogło, ale i tak nie czułem się swojsko na tej wysokości. No cóż, w końcu i ja się dowiedziałem, co to problemy aklimatyzacyjne. Sytuacja ta zwiększyła moje obawy co będzie wyżej. Na dół to już nie schodziłem, tylko zbiegałem ;-) Całość zajęła nam ok. 5h, przy czym zejście trwało niecałe 1,5h. Już na dole w lodgy, okazało się że choroba dopadła resztę: Jacek i Piotr mieli ból głowy i poszli w kimę, Lucjan i Marcin lekko odczuwali w głowie naszą eskapadę, ale szybko doszli do siebie, a ja i Wiktor swoje przeżyliśmy na szczycie i na dole już czuliśmy się bardzo dobrze ;-)
W czasie gdy my wchodziliśmy na Nangkar Tshang, Iwona ciekawie się opaliła. Siedziały z Ewą na zewnątrz, słońce wyszło może na 45 min i to wystarczyło żeby twarz Iwony, delikatnie rzecz ujmując, się przyrumieniła jak skórka na kaczce ;-)
Ewa już chyba naprawdę czuje się lepiej, bo wieczorem mierzy się "na rękę" z okolicznymi Szerpami ;-)
Wydane:
110 NPR - musli
150 NPR - ryż z warzywami
80 NPR - zupa
20 NPR - gorąca woda
11.10.2006
Pheriche - Lobuche
Poranek, pakujemy się... niby wszystko normalnie... ale... gdzie są moje spodnie z paskiem na pieniądze??!! Gdzie mój pas z całą moją kasą??!! Okradli mnie!! Cała lodga postawiona na nogi, wszyscy biegają, szukają, robi się szum, panika. Na bank mnie okradli, przecież tu jednym kluczem można otworzyć kilka zamków!! Aż mnie telepie, zaraz dostanę zawału! Najpierw aparat a teraz cała moja kasa! Wyrzucam wszystko z plecaka - nie ma!! Otwieram spakowany już śpiwór... o cholera, są moje spodnie z paskiem ;-) Fałszywy alarm, ale było gorąco. Musiałem w nocy, przez sen, wpakować spodnie do śpiwora i nie zauważyłem rano przy pakowaniu, że zostały w środku. Szydziliśmy z tego zdarzenia jeszcze przez parę dni ;-)
Z Pheriche maszerujemy szeroką doliną wśród łąk. Super widoczki. Dochodzimy do Tukli (Duglha, 4620 m). Jemy obiad. Z Ewką kontakt utrudniony, zasypia na krześle. Widać, że źle się czuje. Zostaje z nią Zbyszek, jak Ewa odpocznie to ruszą za nami.
Dochodzimy z Jackiem do pierwszej lodgy w Lobuche (4930 m). Okazuje się, że nie ma żadnych miejsc. Czekamy na resztę. Gdy przychodzą Szerpowie Marcina i Piotrka, nagle okazuje się że są dla nas pokoje! Właściciel i jeden z Szerpów to rodzina. W Lobuche jest mało miejsc noclegowych i windują ceny bardzo wysoko. Mimo to, miejsc i tak brakuje i większość gości śpi w stołówkach. Dla nas znajdują się pokoje! Normalna stawka za pokój 3-osobowy to 500 NPR, a my dostaliśmy zniżkę 50%!! Także dzięki Szerpom dużo zaoszczędziliśmy.
Przychodzi Zbyszek. Okazało się, że Ewa nie była w stanie iść dalej. Wynajęła Szerpę, żeby niósł jej plecak i wróciła do Pheriche.
Wieczorem stołówka pełna, ciężko znaleźć miejsce do siedzenia. Wszędzie, niewiadomo skąd, utrudniający zasypianie smród spalin. Iwona śpi sama w pokoju, tam nie śmierdzi tak bardzo, toteż Zbyszek przenosi się do niej. Nic to nie pomaga, bowiem Zbyszka łapie choroba wysokościowa i całą noc ma nieprzespaną. Bóle głowy i ciągłe wymioty. Iwona ma fajne nocne zajęcia, najpierw z chorą Ewką w pokoju a teraz trzeba się zaopiekować Zbyszkiem ;-)
Ja w pokoju znów z Jackiem i Luckiem, także czekam aż coś się wydarzy ;-) W nocy słyszę Jacka, który przez sen krzyczy do Lucjana, żeby zapalił czołówkę, bo ktoś jest w pokoju! Zapalamy i oczywiście nic. Jacek teraz chyba widzi martwych ludzi ;-) Pewnie to taki objaw choroby wysokościowej, w końcu każdy ją przechodzi na swój sposób ;-)
Wydane:
110 NPR - musli
10 NPR - woda
220 NPR - makaron z warzywami i serem
120 NPR - zupa czosnkowa
12.10.2006
Lobuche - Gorak Shep
Rano wstaję i idę do klopa. Wychodząc napotykam na tego samego, sędziwego Japończyka, którego spotkaliśmy podczas wejścia na Nangkar Tshang. On tutaj? Jak to możliwe?! To chyba kwestia jakiejś japońskiej diety. To od nas odpadła twarda Ewka, Zbyszek ledwo się trzyma, a ten sobie siedzi na prawie 5000 m! Zaczyna mnie to deprymować ;-)
Wychodzimy o 8.35. Zbyszek już z nami nie rusza dalej. Jest wymęczony po ostatniej nieprzespanej nocy. Bierze Szerpę i wraca do Pheriche. My nabieramy z rzeki wodę i w drogę. Parę metrów wyżej, widzimy jaki, które załatwiają się do tej rzeki. W mordę, a my tą wodę właśnie pijemy a wczoraj herbatkę sobie robiliśmy.
Droga do Gorak Shep to mała katorżnia. Teren nie jest jakoś wyjątkowo trudny, ale oddycha się strasznie ciężko. Gdy z Jackiem zauważymy zabudowania Gorak Shep (5160 m), to cieszymy się jak dzieci! Gorak Shep jest położone na dnie wyschniętego jeziora.
Z naszej ósemki zostało już tylko sześć osób. Bierzemy 3 pokoje dwuosobowe. Kto śpi z Iwoną w pokoju? Z osobą, z którą w pokoju była najpierw Ewa a potem Zbyszek, którzy już odpadli. Hmm jakoś nie ma chętnych ;-) Iwona błaga mnie ;-). "No dooobraaa?" i z przerażeniem rozkładam się u niej w pokoju.
Marcin poszedł w kimę. Jacek zauważył, że jego drzwi od pokoju są otwarte, więc je zamknął od zewnątrz (ot, odruch taki ;-)). Po 30 min, Marcin się budzi z wielkim bólem karku, totalnie osłabiony. Chciał wyjść do łazienki, ledwo się doczłapał do drzwi, próbuje otworzyć i nic. Na kolanach przy tych drzwiach siedzi i wali pięściami. Usłyszeli go jacyś Amerykanie i otwierają zdziwieni: "a tobie co się stało?", Marcin: "lać mi się chce!!!!" ;-) Szybko zrobił co miał do zrobienia, ale choroba coraz bardziej go brała. Zrobiło mu się zimno. Przynieśliśmy mu śpiwory, folię NRC, gorącą herbatę. Dalej nic nie pomagało, miał coraz większe drgawki, do tego pojawiły się wymioty. Gdy już nim zaczęło konkretnie telepać, właściciel lodgy przyniósł tlen. W tym czasie Piotr zamawiał helikopter ratunkowy. Ciągle coś przeciągali, że niby pogoda zła, że coś z ubezpieczeniem. Ostatecznie nie przylecieli. Po jakimś czasie sztachania się tlenem, Marcin poczuł się na tyle lepiej, żeby zejść niżej do Lobuche. Poszedł z nim Piotr i ich Szerpowie. Zamówili na rano helikopter do Lobuche. Marcin tam został, a Piotr jeszcze tego samego dnia do nas wrócił.
W raz ze wzrostem wysokości, rosną również ceny. W Gorak Shep cena wody osiągnęła swoje ekstremum - 280 NPR (w Katmandu butelka wody kosztuje 20 NPR)!!
Wieczorem jakoś długo nie mogę zasnąć. Ciągle mam przed oczami chorą Ewkę i Zbyszka ;-) Oboje przed nasileniem swojej choroby spali w pokoju z Iwoną. Przypadek? Co jutro będzie ze mną?!
Wydane:
130 NPR - musli (ale koleś zapomniał mi tego doliczyć)
120 NPR - naleśnik
220 NPR - spaghetti z serem
13.10.2006
Gorak Shep - Kala Pattar - Everest B.C. - Gorak Shep
Wstałem! Żyje! Nic mi nie dolega! ;-) Iwona chyba też wzięła do siebie tą "klątwę", bo rano powiedziała, że też nie mogła spać i że miałem jakieś bezdechy w nocy ;-)
Ruszamy na Kala Pattar (5545 m). Tragedia, góra z dołu wygląda na pagórek, na który można wbiec, a wchodzi się strasznie wolno. Robię po 20-30 kroków i odpoczynek na oddech. Ludzi jak mrówków. Spotykamy po drodze Piotra, który już schodzi w dół. Śpieszy się do Lobuche, skąd mają z Marcinem za parę godzin odlecieć helikopterem. Później się dowiemy, że śmigłowiec i tak nie przyleciał bo nie można było się skontaktować z ich nepalską firmą ubezpieczeniową. Roman w połowie wysiada. Mówi, że już widzi podwójnie. Szczęściarz, wokoło takie przepiękne widoki a on widzi dwa razy więcej ;-) Iwona motywuje ciągle Romana i udaje mu się wejść na szczyt. Wspaniała panorama na Himalaje, w dole ogromny lodowiec Khumbu. Z Kala Pattar jest najlepszy widok na Mount Everest, już bliżej tej góry nie można podejść (no chyba, że robimy wyprawę na najwyższą górę świata). Niesamowite przeżycie, widok nie do zapomnienia. Jest to zarazem najwyższy szczyt, na który udało nam się wejść.
Schodzimy do lodgy na mały posiłek i koło południa ruszamy pod Everest Base Camp. Roman źle się czuje i zostaje, także idziemy w piątkę. O dziwo na szlaku spotykamy tylko kilka osób, zupełna odwrotność Kala Pattar. Trasa bardzo fajna, po kamieniach lodowca Khumbu. Lodowiec ciągle pracuje, słychać jak pod spodem płynie woda. Co jakiś czas kawałek kamienia, czy lodu odrywa się i spada. Po drodze napotykamy na wrak śmigłowca, który kiedyś miał tu wypadek. Po 2,5h docieramy w okolice lodospadu Khumbu (słynny Ice Fall), gdzie zakładane są bazy wypraw na Mount Everest i Lhotse (5360 m). Teraz są tu dwie wyprawy: kanadyjska i koreańska. Zmęczeni wracamy do Gorak Shep, robi się już ciemno.
Wydane:
160 NPR - frytki
30 NPR - herbata
14.10.2006
Gorak Shep - Cho La
No i stało się. Teraz mnie wzięło. Na jedzenie nie mogę patrzeć, jak tylko poczuję z kuchni zapach palącego się gówna jaków, to od razu mam cofki. Rano zjadłem kawałek kaszki i od razu "panta rhei" i kibel mój. Brak apetytu, nudności, odwodnienie, zmęczenie. Dobrze, że główny cel naszego trekkingu za nami. Teraz szybka decyzja, czy schodzimy już w dół czy idziemy dość trudną trasą na przełęcz Cho La (5420 m), a potem na szczyt Gokyo (5483 m), z którego to rozpościera się jedna z najpiękniejszych panoram na Himalaje. Na razie jest 2:3. Iwona i Roman nie czują się na siłach i postanawiają wracać do Katmandu. Jacek, Lucjan i Wiktor chcą iść na "masakrę" ;-) Nie mam już siły, ale decyduje się iść z nimi. Zrobiłem i tak więcej niż początkowo myślałem (Namche), ale skoro jestem już w tym punkcie, to może być jedyna okazja na przejście całej, początkowo nakreślonej przez Romana trasy. To już byłby prawdziwy wyczyn dla mnie, także ruszamy na Cho La!! Ach, ta moja chora ambicja ;-) Poza tym, skoro Iwona i Roman wracają to przyda się w tej szalonej grupie ktoś odpowiedzialny ;-)
W ciągu 1 godziny docieramy do Lobuche i tam się rozdzielamy. Biorę od nich jeszcze tabletki na zahamowanie biegunki i wio! Iwona z Romanem udają się w stronę Namche Bazar, gdzie spotkają się z resztą ekipy oraz z Marcinem i Piotrem, którym nie udało się odlecieć helikopterem i muszą wracać na piechotę. My w czwóreczkę pędzimy na Cho La.
Mijamy w dole szmaragdowozielone jezioro Chola Tsho, następnie ok. 13.00 dochodzimy do letniej siedziby pasterzy jaków - Dzongla Kharka (4840 m). Nie mam apetytu, zatem brak mi też siły. Teraz się odwróciło, wysiadam na podejściach, za to polubiłem zejścia. Wszyscy oprócz mnie wsuwają obiad. Po czym oświadczają, że idziemy dalej! Według przewodnika Kurczaba, mieliśmy tu zrobić nocleg, ponieważ do następnej wioski jest około 5h marszu! Poza tym jest już po południu i będziemy szli w ciemności, jesteśmy trochę zmęczeni (ja bardzo) a trasa jest dosyć trudna. Debata była ostra, próby wjeżdżania mi na ambicje też nie skutkowały. Moje veto było nieugięte - zostaję! Po 30 min. gdy wszyscy już zdecydowali, że zostaną ze mną, zmieniłem zdanie. A dlaczego, to nie napiszę, żeby nikt już nie wykorzystał tego chwytu na mnie w przyszłości ;-) Wcinam batony energetyczne (jedyne po czym mnie nie goni), żeby jakoś przeżyć to wyzwanie.
O 13.45 ruszamy... już po kilku minutach mam dosyć. Stoimy pod przełęczą. Super, skalne urwisko! Zginiemy! Gdzieś tam u góry jest przełęcz, tylko trzeba się na nią wdrapać po skałach. Szlag mnie trafia, co wyjątkowo bawi moich współtowarzyszy (do usług chłopaki ;-)). Podczas wchodzenia trzeba uważać i lepiej nie patrzeć w dół. O 17.00, po podejściu 580 m, docieramy już na sam lodowiec Cho La (5420 m). Spotykamy tu parę Polaków. Chwilka rozmowy, podczas której dowiadujemy się, że za Namche Bazar, w Phakding na moście stoją maoiści i zbierają opłaty. Aż niemożliwe, przecież te tereny kontroluje rząd, w Lukli stacjonuje wojsko, a oni pod samym nosem straszą turystów! Wierzyć się nie chce, że wojsko nie interweniuje, chyba mają jakiś układ. Tak czy siak, spotkani Polacy pokazują nam obejście, żeby na nich nie trafić. Szybko kończymy rozmowę i idziemy dalej - za godzinę zrobi się już ciemno, a trasa niebezpieczna. W 1995 roku, po dużym opadzie śniegu, zginęło tu pod lawiną 40 uczestników japońskiej wyprawy trekkingowej. Po lodowcu idziemy wydeptaną ścieżką, ale mimo to idzie się ciężko i a nogi co jakiś czas zapadają się w śniegu.
Z Cho La do doliny Nyimagawa schodzimy stromym stokiem śnieżnym. Trzeba tu uważać na spadające kamienie i lawiny seraków z wiszącego lodowczyka. O 18.00 jesteśmy za przełęczą, trasa prowadzi po wielkich głazach i zrobiło się ciemno. I co? I Radek miał racje! Jest ciemno, zgubiliśmy drogę, a do najbliższej wioski Dragnag jest ok. 2h marszu! Początkowo chodzimy w czołówkach i szukamy szlaku. Wpadam poślizg i tylko dzięki plecakowi, który zahaczył się na jakimś kamieniu, nie zrobiłem sobie dużego kuku. Niestety połamałem klamrę od plecaka. Moja i Jacka czołówki już ledwo świecą. Kupowaliśmy te gówna w Jiri i w sumie wystarczyły akurat na ten trekking i do wyrzucenia (lepiej zaopatrzyć się w dobrą czołówkę w Polsce). Trudno, poddajemy się. Bez sensu, kręcimy się tylko w kółko, po omacku nie trafimy na szlak. Szukamy jakiegoś zakrytego miejsca i rozbijamy się na głazie. No to w końcu przydadzą się nasze folie izolacyjne ;-) Próbujemy zagrzać wodę na herbatę, ale pech chciał, że żaden z naszych palników lub kartuszy nie działa. Robi się zimno. Zakładamy na siebie ile się da. Ja mam na sobie 5 warstw ubrań, czapkę, rękawiczki i tak wbijam się do śpiwora. Chłopaki patrzą na mnie z zazdrością ;-) Oni mają śpiwory puchowe i boją się żeby nie zawilgotniały, a ja smacznie sobie drzemie w syntetyku (dzięki Michale!) ;-) W pewnym momencie jest mi aż za gorąco co spotyka się z oburzeniem reszty hehe ;-) Po kilku godzinach Jacek stawia sprawę jasno - albo śpiwór albo zapalenie płuc, nie wytrzymuje i też wchodzi do śpiwora ;-) Niebo wydaje się być tak blisko, co chwila widzimy spadające meteory. Nawet nie jest tak źle, w końcu to też jakiś powód do dumy, że spaliśmy pod chmurką na prawie 5000 m ;-) Szybko zasypiam.
Wydane:
150 NPR - musli
150 NPR - nocleg
15.10.2006
Cho La - Gokyo
Wstajemy o 5.00. Lucjan próbuje wylać wodę z garów, którą zostawiliśmy po wczorajszej nieudanej herbacie. Trzeba ją jednak wyrzucić a nie wylać, ponieważ zmienił się stan skupienia ;-) W nocy był bowiem ostry mróz. Lucjan i Wiktor mocno zmarźli.
Szukamy szlaku, każdy chodzi lekko podminowany. Żadnej ścieżki, żadnego jaka, nic. Nie ma to jak zgubić się w Himalajach ;-) Po godzinie odnajdujemy jakąś ścieżkę. Trochę chodzimy po omacku, ponieważ ścieżka się w pewnym momencie kończy i musimy przechodzić przez jakieś kamienie i rzeczki. Jest jeszcze tak zimno, że kamienie przy rzeczkach pokryte są lodem. Najpierw więc w wodzie ląduje Lucjan, następnie Wiktor i Jacek. Ja jestem suchy, ale przechodziłem chyba z 10 min ;-) Jesteśmy w jakimś dziwnym miejscu, przechodzimy przez wyludnione wioski, żywej duszy. Nie wiemy w którą stronę iść, bo i nie ma się kogo zapytać. Dopiero o 10.30 odnajdujemy główny szlak z Namche Bazar do Goyko. O dziwo, udaje się uruchomić palnik i robimy szybkie śniadanie - Wiktor serwuje nam kuskus (feee) ;-)
Idziemy ładną trasą obok jeziorek: Mengma Tsho, Longponga Tsho i Dudh Pokhari (Gokyo Tsho). Wzdłuż brzegu tego ostatniego dochodzimy do letniej osady pasterskiej, a obecnie również dużego skupiska hoteli - Gokyo (4750 m).
Wydane:
0 NPR ;-)
16.10.2006
Gokyo - Gokyo Ri - Namche Bazar
O 4.00 wychodzimy na Gokyo Ri (5483 m). Tym razem w trójkę. Jacek stwierdził, że wszystkie te góry są takie same i mu się nie chce ;-) a poza tym jest trochę chory. Jest ciemno, wchodzimy z czołówkami, parę razy gubimy szlak ale idziemy w dobrym kierunku. Jest strasznie zimno. Mam założone rękawiczki i grube skarpety, a mimo to ręce i stopy są tak zmrożone, że nie mam w nich czucia. Wokoło wszystko oszronione. Ledwo wchodzę, zupełnie nie mam siły, wczoraj znów nie zjadłem obiadu. Lucjan i Wiktor wchodzą na szczyt po 2h, mi to zajmuje 20 min dłużej. Zrobiłem już to tylko siłą mojego pięknego umysłu, bo w moich mięśniach nie ma już pary. Czekamy tam na wschód słońca, robimy foty i uciekamy z powrotem do lodgy po Jacka. Widok ładny, ale bez brawury. Z Kala Pattar o wiele ładniejszy. Gdy my schodzimy, większość ludzi dopiero wdrapuje się na szczyt.
O 8.30 schodzimy do Namche Bazar na spotkanie z resztą grupy. Po ponad 8 godzinach docieramy na miejsce. Nikt na nas jednak nie czekał. Gospodyni powiedziała nam, że właśnie dziś rano wyruszyli w stronę Lukli. Zostawili dla nas koszulkę z podpisami, do której my mieliśmy się dopisać i zostawić w jednej z knajp, żeby rozwiesili gdzieś na ścianie.
Gdy myśmy walczyli w górach o życie, oni w tym czasie bawili się w Namche Bazar. Spotkali też Jurę Jermaszka, wybitnego himalaistę rosyjskiego.
Wydane:
70 NPR - tosty
70 NPR - jajka
85 NPR - momo
20 NPR - sok cytrynowy
100 NPR - prysznic
50 NPR - pokój

Opublikowane na stronach internetowych www.transsyberyjska.pl materiały,
informacje lub ceny nie stanowią oferty w rozumieniu przepisówkodeksu cywilnego.
Transsyberyjska.pl to pierwsze wyspecjalizowane w wycieczkach do Chin, Indii, Rosji oraz krajów byłego ZSSR biuro podróży powstałe w Krakowie w 2005 r. Własne wycieczki do Moskwy czy St. Petersburga uzupełniamy starannym wyborem wycieczek i wypraw naszych partnerów.
Stałym punktem naszej oferty wycieczkowej są wczasy na Krymie - nie jest przesadą twierdzenie iż, nasze biuro podróży ma najtańsze wycieczki na Krym oraz najtańszą ofertę wczasów na Krymie. W przypadku transsyberyjskiej niska cena wycieczek i wczasów nie wpływa na jakość, gdyż cena wczasów na Krymie wynika z długoletniej współpracy z partnerami w Rosji, Ukrainie i na samym Krymie. Wczasy na Krymie oferujemy wraz z przelotem samolotem lub z dojazdem własnym. Podróżnym oferujemy także bilety kolejowe na Krym, a dokładnie bilety kolejowe ze Lwowa do Symferopola na Krymie. Oczywiście w naszej ofercie znajdziecie także bilety kolejowe po całej Ukrainie oraz bilety kolejowe z Ukrainy do Rosji np.: z Kijowa do Moskwy.
Wielu naszych Klientów podróżuje samodzielnie. Niemniej jednak wybierają nasze biuro podróży, gdyż oferujemy bilety kolejowe na kolej transsyberyjską i bilety kolejowe po całej Rosji. Niektórzy podróżują koleją transsyberyjską nie tylko nad Bajkał i do Irkucka, ale także do Chin czy Mongolii. Dla nich mamy bilety kolejowe do Pekinu czy Ułan-Bator w bardzo atrakcyjnych cenach.
Zgromadziliśmy na naszym wycieczkowym portalu także wyprawy do Chin od Tybetu po Chiny południowe, wyprawy i wycieczki do Indii od Varanasi po Bombaj oraz wyjątkowe wyprawy do Wietnamu, Mongolii czy po prostu nad Bajkał koleją transsyberyjską. Dla tych, którzy nie mają czasu na długą wyprawę np. na Kamczatkę proponujemy kilkudniowe wycieczki do Moskwy, St. Petersburga czy Lwowa lub Wilna na Litwie. Są to autorskie programy wycieczek do Moskwy lub stolicy białych nocy - Sankt Petersburga. Nasze biuro podróży organizuje wycieczki kolejowe do Moskwy i Sankt Petersburga co zapewnia wyjątkowy komfort podróżowania.
Ofertę wycieczek, wczasów, wypraw oraz biletów kolejowych uzupełniamy praktycznymi informacjami o na temat kolei transsyberyjskiej oraz relacjami z podróży.
Wyrabiamy też wizy do Rosji, Chin, Wietnamu i Mongolii, a dla klientów którzy zamawiają wizy i bilety kolejowe oferujemy atrakcyjne rabaty na wizy. Można powiedzieć, że mamy 100% skuteczności w wyrabianiu wizy do Rosji, Chin, Wietnamu i Mongolii, a nasze ceny wizy są najniższe na rynku pośrednictwa wizowego.
Zapraszamy na wyprawy!
Podróże służbowe | Hotele | Wizy | Krakow hotels | Wizy do Rosji | Wizy do USA | Wizy do Australii | Wycieczki do Chin | Tłumaczenia Kraków | Dubrovnik hotels | Transsiberian | Transsyberyjska bilety | Wynajem samolotów | Wizy do Dubaju | Porady prawne | Poland tours | Wizy do Chin Bilety kolejowe
Bilety kolejowe i wizy:
Kolej transsyberyjska bilety | Rosja wizy | Chiny wizy | Indie wizy | Wietnam wizy | Kazachstan wizy | Kolej Transsyberyjska





























