Brak oglądanych wycieczek
 
 

Jesteśmy członkiem
Polskiej Izby
Turystycznej
 

Skontaktuj się z nami telefonicznie:
tel. 12 422 22 09
tel. 61 307 00 77
tel. 22 826 20 96
tel. 71 710 46 49
tel. 58 664 56 56

lub porozmawiaj z kórymś z naszych konsultantów:

Marta

 

Gruzja [ANI]

GRUZJA

 

autor: Olga Mielnikiewicz

 

 

7.08.2005

 

"Powracając z dalekich krajów, i słuchając turkotu pociągu rozkoszujemy się radością powrotu do domu. A zwłaszcza radością opowiedzenia wszystkiego. Moglibyśmy całe dnie opowiadać, pisać grube książki, wygłaszać odczyty, opisywać wszystko, co widzieliśmy - rzeczy piękne, dziwne i przerażające. Choćby po to, by opowiedzieć o tym przyjaciołom, warto było znieść tyle trudów.
Jakież to dziwne. Ledwie wchodzimy do domu, a już długa historia zamiera w nas. Opowiadamy dwa lub trzy szczegóły i to wszystko. Milkniemy, jakbyśmy nie mieli już nic do powiedzenia. Gdzie się podziały romantyczne przygody, niebezpieczeństwa, tajemnice, spotkania, z których tacy byliśmy dumni? Czy nic z nich nie pozostało? (…) A przecież każdy świt, zmierzch, noc spoczywa w nas, nietknięty, nasycony znaczeniem. Ale gdy teraz opowiadamy o nich - cóż za gorzka niespodzianka - wydają się powszednie, obce, nudne i nikt nie chce nas słuchać, nawet matka. (…). Wtedy zaczynamy rozumieć, że te wspomnienia, tak dla nas ważne, dla wszystkich innych są słowami pustymi, tylko słowami. (…) I wtedy nagle zdajemy sobie sprawę, jak wyłącznie dla nas jest ważne to, co się nam zdarza." Dino Buzzati

 

 

9.08.2005

 

 Wszystko zaczęło się od Tatiany. Mgliste plany podróży do Gruzji nabrały przyspieszenia, gdy otrzymałam e-maila: "Przyjeżdżaj, pomogę".
Tania jest lekarzem-radiologiem. Pracuje w szpitalu miejskim w Tbilisi. W wolnym czasie szefuje Związkowi Polonii Medycznej w Gruzji. Mieszka kilkanaście kroków od Tavisuplebis moedani - Placu Wolności, na którym w maju 2005 roku prezydent Bush przemawiał do stupięćdziesięciotysięcznego, wiwatującego tłumu i naprzeciwko siedziby prezydenta Micheila Saakaszwilego.
W podwórzu, przy ulicy Leonidzie 10 mieści się też gabinet medyczny pani Kurczewskiej, który zajęłam na czas pobytu w Gruzji. Charakterystyczne gruzińskie podwórze: drewniane balkony, rzeźbione balustrady, pnącza winorośli, sznury z bielizną, wygrzewające się koty, starsze, przysadziste, odziane w czerń handlarki, tarasujące bramę owocowymi skrzyniami - arbuzy, świeże figi, śliwki. Codziennie rano kupuję wypieszczone gruzińskim słońcem owoce u nich, bo są już "swoje", codziennie te same, znam je już i one mnie też. Wiedzą, że mieszkam u Tani. Wiedzą, jak się nazywam, skąd jestem, po co. One wszystko wiedzą. To taki rytuał. Za każdym razem, odliczając dwa lari, słyszę Spasiba krasawica.
Gabinet Tani to jednocześnie miejsce spotkań Polonii. W pokoju gościnnym kominek, na ścianach historyczne mapy Polski, krzyż, polskie godło i stary, zepsuty aparat do USG, który otrzymała w darze od polskiego szpitala, raczej już do niczego nieprzydatny zawalidroga. Kasety i płyty z polską muzyką, śpiewniki z patriotycznymi pieśniami i polskie książki. Tatiana świetnie mówi po polsku, jej syn Dima też nieźle sobie radzi, mimo iż nigdy nie był w Polsce.
Tania cieszy się z każdego gościa z Polski i angażuje wszystkich swoich znajomych i przyjaciół porozrzucanych po całej Gruzji w pomoc podróżującym.
Zaproponowała wyjazd na kilka dni do Kumysi, na daczę jej przyjaciół Walentyny i Bori. Tania odpoczywa tam prawie w każdy weekend. Do Kumysi jeździ się też zażyć kąpieli w jeziorze z oczen poleznym błotem siarkowym. Jak posmarujesz całe ciało czarnym jak smoła mułem zawierającym siarkowodór i inne minerały to wszystkie choroby pójdą precz, a na dodatek skóra stanie się delikatna jak jedwab. Kumysi to letniskowa dziura oddalona 25 kilometrów od Tbilisi. Docieram tam dopiero na trzeci dzień taksówką, bo nikt na dworcu Didube nie umiał powiedzieć, skąd odjeżdżają autobusy, ale za to z zapasami żywności i co najważniejsze spirytusu, z którego po rozcieńczeniu będzie dużo wódki. Podziargany taksiarz nie bardzo wie jak jechać, za to opowiada ciekawe historie. W tiwi mówili ostatnio o siedemdziesięciopięcioletniej kobiecie, która żywiła się korą sosnową, umarła z głodu, nie miała nikogo. Taka bieda, że desperaci mordują nawet dla 3 lari (1,5 dolara). On też bardzo narzeka, pojechałby może do Moskwy albo Kijowa na zarobek, ale nie zostawi żony i dzieci.
W Kumysi uderza mnie cisza. Wieś gnije, psuje się, niszczeje, zapada, straszą oczodoły okien - niegdyś szklane. Kurz, pył, wokoło jeziora łyse pagórki - słońce wyjadło wszelką roślinność. Sprawia wrażenie wymarłej, opuszczonej. A jednak tu i ówdzie tlą się ślady życia. Są ludzie - znajoma Tatiany, do której idziemy po ser. Pozwala mi wejść na drzewo i narwać fig - są już dojrzałe - jest koniec sierpnia. Sąsiadka Wali i Bori, do której idziemy po żywą gęś. Boria wybiera dorodną i goni ją po całym podwórku. Będzie zupa na gęsinie. Sklepikarka, która za kilka butelek minerałki i coca-coli zdziera jak za zboże. Przecież napoje trzeba dowieźć z Tbilisi a to kosztuje, a ja na pewno jestem z tej grupy Amerykanów, co to biwakują w Kumysi, to mnie stać na wszystko.
Wala i Boria przyjechali z Ukrainy, zapuścili korzenie w Gruzji. Dochowali się wnuków. Boria opowiada, jak to było z nim i Walą. Zobaczył, zakochał się i po trzech miesiącach już byli małżeństwem i tak do dziś. Boria nauczył się gruzińskiego, Wala nie. Wieczorem urządzamy wieczerinkę, oczywiście po gruzińsku - tańczymy, płaczemy, śmiejemy się, jemy gęś, chaczapuri - placki pszenne z wtopionym serem sułguni, lobio - fasolę na zimno z czosnkiem, tkemali - sos z dzikich śliwek i pijemy czaczę - siedemdziesięcioprocentowy bimber z winogron. Szkoda, że jutro muszę jechać dalej. Muszę? Tu człowiek zaczyna zastanawiać się, czy cokolwiek musi. Chcę zobaczyć, jak żyją Gruzini w innych zakątkach Gruzji.

 

12.08.2005

 

Tania zadzwoniła do Gorana Kaperskiego i umówiła nas. Jadę więc marszrutką do Achałcyche w okręgu Samcche-Dżawachetia. Goran Kaperski - prezes Związku Polonii Gruzji Południowej nie mówi po polsku, urodził się już tutaj, w Gruzji, za to jego córka Helena, o kruczoczarnych włosach i oczach jak spodki, dwudziestoczteroletnia absolwentka medycyny mówi bardzo dobrze w języku pradziadów - nauczyła się w osiemnaście miesięcy! Od Heleny można dowiedzieć się, że w Gruzji jest 365 kościołów pod wezwaniem świętego Jerzego, zna wszystkie legendy o gruzińskich świętych - istna encyklopedia prawosławia. Ojciec mówi, że jest bogowieriuszcza. Moja wizyta w Achałcyche zbiega się z wielkim religijnym świętem Mariamoba (Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny) - w prawosławnej Gruzji wypada ono 28 sierpnia - dwa tygodnie po święcie katolickim. Helena pości od 14 do 27 sierpnia - tak nakazują reguły - jest to tak zwany post uspienski (uspienie - wniebowstąpienie) i nie pije wódki. W niedzielę idziemy do cerkwi. Cerkiew w Achałcyche jest pięknie ozdobiona freskami - to rzadkość - wnętrza większości gruzińskich cerkwi, zamienionych za Sojuza na magazyny, pobielili wapnem sowieci. Rozglądam się po ścianach. Jest święta królowa Tamara, jej dziadek Dawid Budowniczy, święta Nino, pierwsza kobieta-apostoł na terenie Gruzji. Oni wszyscy są zawsze obecni - w cerkwiach, rozmowach, przewodnikach, poematach, legendach - najważniejsze postacie historyczne. I jeszcze święty Jerzy, patron Gruzji. W każdej gruzińskiej rodzinie musi być przynajmniej jeden Jerzy i jedna Nino. Wchodząc do prawosławnej cerkwi, muszę założyć chustkę na głowę. Powinnam mieć też spódnicę na sobie, ale mam spodnie. Nie mogę więc uczestniczyć w obrzędzie błogosławieństwa olejem. Nawet, gdy okręcam się w pasie pożyczoną chustą, starsze kobiety kręcą głowami i słyszę, że nie lzia.

 

13.08.2005

 

się, wychodzą, przychodzą, rozmawiają - i jednocześnie głębokiego misterium - nigdzie nie widziałam tak skupionych na modlitwie twarzy, zastygłych w rozmodleniu.
Półmrok rozświetlają chude, woskowe świeczki, które wszyscy trzymają w rękach i które potem zostawią zagrzebane w drobnym piasku specjalnych świeczników. I te śpiewy chóralne, które od zawsze przyprawiają mnie o dreszcze.
Cerkwie gruzińskie mają nieduży, w porównaniu z rosyjskimi, ikonostas - tylko jeden rząd kilku zaledwie ikon. W Gruzji nie było ikonoklazmu (kultu ikon).
Achałcycheńska cerkiew stoi na wzgórzu - żaden wyjątek. W górzystej Gruzji większość cerkwi i monastyrów stoi wysoko w górach, jakby z dala od ludzkiej wrzawy, codziennej krzątaniny, od wielkiego świata, wyświechtanych fraz, masowej rozrywki i pustych gestów. "Im droga trudniejsza, tym wiara silniejsza" - cytuje gruzińskie przysłowie Helena.
Ciekawe, czy nasi górale też mają takie przysłowie? Muszę kiedyś zapytać. Na razie postanawiam, że będę obserwować, czy Polacy żegnają się na widok kościoła, jak to czynią wszyscy Gruzini na widok cerkwi.
Do męskiego monastyru w Czule jechaliśmy UAZ-em trzy godziny, do Safary dwie. UAZ-em to znaczy, że żaden samochód osobowy, autobus, marszrutka tam nie dojadą, a tylko radziecka wojskowa terenówka rodem z Ulianowska da radę. W takich właśnie górskich, położonych na uboczu klasztorach, jak Czule, Safara, Zarzma zachowały się przepiękne freski i ikony. W Zarzmie sympatyczny mnich otwiera nam kryptę z czaszkami mnichów, bierze jedną do ręki i objaśnia, skąd wzięły się szwy w kształcie krzyża na kościach czaszki. To cud, bo te szwy pojawiały się w momencie wyświęcenia diakona na księdza - tłumaczy.
Są też szczątki ludzkie z X wieku, które nie uległy rozkładowi - tak zwane nietlennyje moszczi - turystom pokazuje się tylko nogi do łydek. Głowy nie można zobaczyć. Na cmentarzach Kaukazu występują grunty sprzyjające naturalnej mumifikacji. Takie kości naturalnie zmumifikowane uważane były powszechnie za święte. Pytam Helenę, dlaczego nie pokazuje się twarzy. Biskup nie dał pozwolenia. Ale dlaczego? Mogę snuć tylko domysły. To tabu, sacrum.
W Czule dostaję od Heleny bransoletkę religijną na rękę z ukrytymi w niej psalmami Dawida. Wielu pobożnych Gruzinów nosi takie same. Jeden ma mnie chronić przed grzechem, a drugi jest dziękczynny.

 

16.08.2005

 

Spulchnię ziemię na zboczu i pestkę winogron w niej złożę,
a gdy winnym owocem gronowa obrodzi mi wić,
zwołam wiernych przyjaciół i serce przed nimi otworzę...
Bo doprawdy - czyż warto inaczej na ziemi tej żyć?

Cóż, czym chata bogata! Darujcie, że progi za niskie,
mówcie wprost, czy się godzi siąść przy mnie, ucztować i pić.
Pan Bóg grzechy wybaczy i winy odpuści mi wszystkie...
Bo doprawdy - czyż warto inaczej na ziemi tej żyć? (...)

Ileż w tych dwóch zwrotkach Gruzji! Gruzińskiej gościnności, umiłowania życia, radosnej biesiady z przyjaciółmi, szacunku i uczuć do wina, winorośli. Gdyby w żyłach Bułata Okudżawy - autora tej pieśni - nie płynęła krew gruzińsko-ormiańska, pewnie tak doskonale nie oddałby duszy gruzińskiej.
Gruzińska uczta nie ma nic wspólnego z pijaństwem i obżarstwem. Wstyd spaść ze stołu. Każda biesiada ma swojego "wodzireja". Jest nim tamada, starszy wiekiem, szczególnie poważany mężczyzna, który inicjuje i wznosi toasty. Są toasty obowiązkowe, zgodne z wielowiekową tradycją i regułami, na przykład za Gruzję, za przodków, za rodzinę, za miłość, przyjaźń, za gości. Za gości pije się szczególnie często, wysławiając ich pod niebiosa. Gość musi poczuć się wyjątkowy i wspaniały.
Są też toasty spontaniczne, improwizowane, wygłaszane w zależności od kontekstu. W górach piłam za wierszyny, na stypie u poznanych na ulicy Ormian za zmarłą właśnie babcię, za polsko-gruzińską przyjaźń, za pierwsze rzeczy w życiu.
Gruzińskie toasty to żadne "chluśniem bo uśniem" albo "no to cyk". Toast to poetycki monolog. Może trwać dobrych kilkanaście minut a toast alawerdi, czyli rozpoczęty przez tamadę a kontynuowany przez wskazaną przez niego osobę nawet dłużej. Tak piliśmy alawerdi rozpoczęty przez Tatianę, a zakończony przez Gorana. Toast był "strzemienny" z okazji mojego odjazdu do Polski. Była to opowieść o wdzięczności przodkom za życie, tradycję, kulturę i historię, przeprosiny za wszystkie nie rozgrzeszone postępki przodków, pochwały na cześć wszystkich zgromadzonych, a na koniec litania dobrych życzeń na resztę życia. Toast musi być pozytywny, nawet za wrogów wygłasza się uprzejme toasty, tyle że wznosi się je piwem. Toast z piwa nie jest dobrym toastem. Mimo, iż Gruzja to kultura wina, dziś częściej (ze względów ekonomicznych) wznosi się toasty wódką, rozcieńczonym spirytusem, który na razliw, czyli rozlewany do butelek można kupić na bazarze za grosze. Kobiety rzadko uczestniczą w takich biesiadach i raczej nie wygłaszają toastów. Dawniej piło się powszechnie z rogów, dziś tylko na szczególnych okazjach. Pięknie grawerowane i wykończone srebrem prawdziwe rogi można kupić w sklepach z suwenirami, a gliniane na bazarach.
Wino po gruzińsku to gwino. Niektórzy twierdzą, że angielskie wine, niemieckie Wein, rosyjskie вино pochodzą od gruzińskiego wyrazu, a większość znawców uważa, że Gruzja jest kolebką winiarstwa. Znane są odkrycia archeologiczne nasion winogron pochodzących sprzed 6-7 tysięcy lat i ogromnych dzbanów glinianych (kwewry) do przechowywania wina. W 1958 roku, w Kachetii (głównym rejonie uprawy winorośli we wschodniej Gruzji) znaleziono złoty posążek pogańskiego bóstwa winorośli i płodności - Aguna, datowany na XI-X wiek p.n.e.
Takie kwewry widziałam w małej fabryczce wina w przyzakładowym muzeum w Cynandali, próbowałam tam też wyśmienitego białego wina o tej samej nazwie.
Najbardziej znane marki to mukuzani, napareuli, saperawi, chwanczkara, kindzmarauli.
Niko upiera się, że najlepsze wino to goruli mtsvane z okolic Gori. Wiadomo - patriotyzm lokalny.
W domach gruzińskich biesiady odbywają się w izbach zwanych marani. Jest tam zawsze kominek, stół i ławy, na ścianach gobeliny przedstawiające biesiadujących Gruzinów. Marani to też piwniczka, w której przechowuje się wino.

 

19.08.2005

 

Niko i Zaza zabierają mnie do Gori, ich rodzinnego miasta i miasta rodzinnego Józefa Stalina. Soso Dżugaszwili urodził się tutaj w 1879 roku, 21 grudnia - przepowiedziano wówczas jego matce Keke, że syn będzie żył długo i zajmie szczególne miejsce w historii XX wieku.
Kamienny wódz z kamienną twarzą stoi przed ratuszem w centrum Gori, w nieodłącznym żołnierskim płaszczu. Ostatni kamienny generalissimus w Gruzji i pewnie w całym świecie. Dwukrotnie próbowano burzyć pomnik i dwukrotnie mieszkańcy protestowali - w pięćdziesiątym szóstym i w osiemdziesiątym ósmym, za Gorbaczowa.
Kult Stalina jest w Gruzji żywy. Odwiedzałam mieszkania, w których na ścianach wisiały portrety Stalina w otoczeniu ikon - Józef z fajką, Józef stojący, siedzący, głowa Józefa, popiersie, cała postać, Józef uśmiechnięty, chmurny, patrzący w dal. Szanują Stalina za dyscyplinę i za to, że był największym wodzem w historii ZSRR.
Po Państwowym Dom-Muzeum Józefa Stalina, który pierwotnie miał być muzeum komunizmu oprowadza mnie emerytowana pani przewodnik. Staruszka z wielkim przejęciem i dumą opowiada o Josifie Wisarionowiczu. Błyszczą jej oczy, kiedy mówi o sukcesach naukowych ucznia i studenta seminarium, Soso Dżugaszwili. Był podobno prymusem, bardzo lubianym i uczynnym kolegą. W muzeum zebrane są pamiątki po nim, osobiste przedmioty i prezenty, które dostał do rządów komunistycznych krajów oraz zdjęcia i portrety, a także dokumenty ilustrujące jego życie. Stoi też wagon, w którym podróżował.
Najbardziej szokujące jest dla mnie odkrycie wierszy dyktatora - pięć, sześć zachowało się do naszych czasów, dzięki Ilii Czawczawadze, wielkiemu gruzińskiemu poecie, redaktorowi gazety Iweria, w której wydrukował je szesnastoletniemu Stalinowi. Polskie tłumaczenie strof znalazłam po powrocie do Polski w książce "Romantyk i zbrodniarz" autorstwa Gigi Lipartelianiego. Po rosyjsku brzmią dość niesamowicie. Zaryzykuję i powiem, że według mnie są dobre.

Poranek
Pączek stał się piękną różą
Fiołek usłyszał jego subtelną opowieść,
Wiatr zwiał rozkoszną drzemkę
Aby obudzić lilię w dolinie
Skowronek wysłał swoją słodką melodię
Gdzieś w poranne niebo
Słowik wysoko na drzewie
Śpiewa dla chłopców kołysankę
Aby była błogosławiona ma ziemia ojczysta!
Pozwólcie, aby pokój panował w moim ojczystym kraju!
I wy, moi przyjaciele wyrastajcie na mądrych i silnych
Przynoście sławę Gruzji.

 

20.08.2005

 

Następnego dnia jadę z Nikołajem i Zazą do "fortecy Boga" - miasta skalnego Uplistcyche, kilka kilometrów od Gori. Miasto, jak głosi legenda zbudowali niewolnicy w XVI-XV wieku p.n.e., a zasiedlone zostało w IV-III wieku p.n.e. Było strategiczną fortecą królów kartlijskich aż do zniszczenia przez Mongołów. Zachowały się sala tronowa, teatr, pogańska świątynia, groby, apteka, cerkiew z XII wieku, piwnice winne. Zabytek tej klasy, co syryjska Petra - w Gruzji są trzy takie skalne miasta: Uplistcyche, Dawid Geredża i Wardzja. Wardzja pochodzi z XII wieku. Zbudowała ją królowa Tamara. Trzynastopiętrowy system pieczar i cel mógł pomieścić pięćdziesiąt tysięcy ludzi. W XVI wieku, podczas najazdu irańskiego szacha puszczono z dymem bibliotekę z rękopisami, dlatego mało jest źródeł o życiu tamtejszej ludności i mnichów. Po dziś dzień funkcjonuje tam klasztor i w niektórych skalnych celach mieszkają mnisi.

Potem odprowadzają mnie do marszrutki i jadę do Mtschety - pierwszej stolicy Gruzji. W 330 roku święta Nino, która chrystianizowała wschodnią Gruzję (zachodnią zaś święty Mateusz - ten od ewangelii - nad Morzem Czarnym, w twierdzy Gonio znajduje się jego grób), wzniosła tu drewnianą kaplicę i nazwała Sweti Cchoweli - drzewo życia. W 1010 roku katolikos zbudował na jej miejscu największą wówczas katedrę w Gruzji. Architektem był Konstanty Arsakidze, któremu król obciął potem rękę, żeby niczego równie pięknego już więcej nie zbudował. Katedra oparła się nawet Tamerlanowi. Wierzy się, że przechowywana jest tu szata Jezusa. W I wieku n.e. przywiózł ją do Mtschety Eliasz, pokazał siostrze Sydonii, która dotknąwszy szaty znieruchomiała śmiertelnie. Trudno było z jej rąk wyjąć szatę, więc je razem pogrzebano pod podłogą katedry.
Nad Sweti Cchoweli góruje inny stary monastyr - Dżwari (krzyż) - z VI wieku, stoi wysoko na skale, patrzy na dolinę Kury i Aragwy, na Sweti Cchoweli. W czasach pogańskich była tu grecka świątynia Afrodyty.
Nie mogę znaleźć szlaku prowadzącego do Dżwari i decyduję się na ryzykowny marsz na przełaj. Zaczyna lać deszcz i nim docieram do kościoła jestem kompletnie przemoczona i podrapana. Widok ze szczytu i tęcza, która niespodziewanie rozkwitła wynagradzają jednak trudy wspinaczki. Do kościoła wlatuje para białych gołębi. Dla mnie symbole. W Gruzji, na każdym kroku jest bardzo symbolicznie.

 

25.08.2005

 

Dżaba - młody policjant, poeta, duże, czarne gruzińskie oczy. Zaczepił mnie w parku w Kutaisi, pochyloną nad zeszytem z notatkami. Czy Pani też pisze wiersze? On pisze, codziennie jeden wiersz. Gdy się rozstaniemy, napiszę wiersz o pani pięknych oczach. W szkole pisał dla kolegów, którzy chcieli zaimponować dziewczynom. Dżaba chce wyjechać do Stanów. Może tam dostać pracę za 3 tysiące dolarów miesięcznie. Policzył, ile to wyniesie przez 3 lata i złapał się za głowę. Potem wrócę i będę bogaty. Jak na gruzińskie warunki jest bogaty. Policjanci w Gruzji zarabiają dużo. Dużo to znaczy 200 dolarów. Dżaba mieszka z ojcem w wilii z widokiem na rzekę Rioni. Spotykam go potem jeszcze w nocnym pociągu z Kutaisi do Tibilisi. Ostrzega, aby spać w butach i pilnować rzeczy.
Policja jest od tego, żeby pomagać turystom z zagranicy - ostatnio zgubiła się Węgierka, a Anglik szukał hotelu, wiec go zaprowadzili do najtańszego, z uchodźcami. Łapią czasem chuliganów, w Kutaisi podobno jest ich dużo. Walczą z reketierami, którzy wymuszają haracze.
Ja też mieszkam w hotelu z uchodźcami, najtańszym w mieście. Biorę pokój za 7 dolarów z ciepłą wodą, zardzewiałą wanną i mrówkami faraona, z telewizorem i widokiem na ruchliwą ulicę, park miejski i ruiny katedry Bagrati. Na korytarzu kwitnie życie towarzyskie, dzieci biegają, dorośli rozmawiają, gotują posiłki, grają w karty, wieszają pranie. Próbują stworzyć normalne życie i namiastkę domu.

W Kutaisi mieszkają jeszcze Swieta i Dato. Swieta pisze ikony. Jej ikony zdobią wiele cerkwi nie tylko w Kutaisi. Babcia Swiety pochodziła z Polski. Częstuje mnie smażonymi ziemniakami i sałatką. Mogę popatrzeć, jak maluje. Swieta ma już wnuki. Młodo wyszła za mąż. Rozmawiamy o rodzinie, religii, moralności, miłości.
Wspominam, że piszę pamiętniki od dziecka. Swieta uważa, że to czartowski wynalazek. Po co ci to, co się wydarzyło, to się wydarzyło. Nie trzeba do tego wracać. Przeszłość to przeszłość. Trzeba żyć tu i teraz.
Podchmielony Dato przysiada się do mnie. Chciałam się zdrzemnąć na ławeczce za cerkwią ale u Gruzinów nie wypada, jak mi zakomunikowały przechodzące kobiety. Dato zaproponował łóżko u niego w domu, i żebym się nie bała, bo u Gruzinów taka gościnność to nakaz i włos mi z głowy nie spadnie. Wiesz, co to znaczy p r a w o s ł a w n y ? To znaczy że, jak mówię, to tak będzie - prawdziwe słowa, nie kłamię. A ty katoliczka? A wiesz, co to znaczy katolik? Gruzińskie rozmowy są od razu z grubego kalibru. Po co gadać o pogodzie. Jest tyle ważnych tematów, na przykład historia. Dato opowiedział pokrótce historię Gruzji, wypytał o historię Polski, porównał i stwierdził, że jest dużo podobieństw.
Po pół godzinie wiedziałam, że jego ukochana została na Ukrainie, wyszła za innego, bo rodzina nie zgodziła się na kandydaturę Dato. Dziewczyna już była w ciąży. Dato aresztowali. Za co? Za to, że jestem Gruzinem - to wystarczający powód. A sądzić człowieka może tylko Bóg.

 

27.08.2005

 

Gruzini są bardzo dumni z tego, że są Gruzinami. Kochają swoją ojczyznę, o której mówią Sakartwelo. Są przekonani, że ich kraj jest najpiękniejszy i wyjątkowy. Każdego obcego przybysza pytają: Podoba ci się Gruzja? Piękna nasza Gruzja - sami sobie odpowiadają.
Mają rację. Jest piękna. Pięciotysięczne szczyty sięgające nieba, przykryte wiecznym śniegiem. Majestatyczne, wyniosłe, dzikie. Winnodajne doliny, rwące wodospady, głębokie, dzikie jary.
A wrześniowy, gorący zachód słońca nad brzegiem Morza Czarnego wcale nie jest cukierkowy, pocztówkowy. Jest koloru czerwonego wypieszczonego słońcem gruzińskiego wina. Wycieczki