Polskiej Izby
Turystycznej
Skontaktuj się z nami telefonicznie:
tel. 801 535 545
tel. 12 422 50 61
tel. 12 422 22 09
lub porozmawiaj z kórymś z naszych konsultantów:
Elbrus, Wysocki, Igor i cała reszta [ANI]
autor: Olga Mielnikiewicz
8.07.2004
Igor, dwudziestopięcioletni Ukrainiec z Lwowa, szef agencji turystycznej Wertikal zorganizował wyprawy na Elbrus już przynajmniej jedenaście razy. W pociągu Odessa-Lwów poznał moją koleżankę z pracy. Zostawił jej swojego e-maila, który ostatecznie trafił w moje ręce. W październiku 2003 napisałam do niego, na wiosnę 2004 pojechałam na "inspekcję" do Lwowa, a lipcu jechałam z Ukraińcami i jednym Rosjaninem do Piatigorska. Było nas szesnaście osób. Najstarsza to siedemdziesięcioletni lekarz wenerolog Ołeksander, który 40 lat temu stanął na Elbrusie a teraz miał nadzieję powtórzyć ten wyczyn, najmłodsza zaś była jego córka, nastoletnia Zofija. Większość dziewcząt miała zerowe bądź niewielkie doświadczenie górskie, zamiast skorup wzięły ze sobą akcesoria makijażowe, kilka z nich Igor namówił na wyjazd zaledwie poprzedniego dnia.
Obładowani byliśmy kartonami z jedzeniem (zupki chińskie, puszki z mlekiem skondensowanym, butelki plastikowe po napojach wypełnione ryżem, kaszą, makaronem, słodycze, puszki z mielonką), garnkami i workami ze sprzętem: kaskami budowlanymi, czekanami, kijkami narciarskimi, uprzężą, karabinkami i obowiązkowo dość luksusową horyłką - Niemiroffem piercowym, napoczętym już parę minut po ruszeniu pociągu, na który o mały włos nie spóźniliśmy się, a na dokładkę prowadnica nie chciała wpuścić nas z kilkudziesięcioma kartonami dodatkowego bagażu.
11.07.2004
Ten cytat rzuca się w oczy już w przydrożnym kaukaskim barze, w miejscu gdzie łączą się doliny Adył-su i Baksanu. "Łut sze gor mogut byt tolka gory" - słowa pochodzą z jednej z piękniejszych "górskich" piosenek Włodzimierza Wysockiego "Pożegnanie z górami". Duże, żółte litery na granatowym tle reklamowego transparentu
cóż lepszego od gór - tylko góry, w które dopiero masz iść.
Trafnie zauważył, mimo iż alpinistą, jak wiadomo nie był. Był za to dobrym poetą. A góry to przecież czysta poezja.
W dolinie rzeki Baksan, po drodze do Terskołu znajduje się małe, niepozorne muzeum alpinizmu, w którym, oprócz kilku przedwojennych czekanów, trikoni, i wypchanych przedstawicieli fauny kaukaskiej, podziwiać można pamiątki po rosyjskim bardzie - zdjęcia, afisze filmów, fragmenty artykułów o nim. W 1966 kręcił na Kaukazie film Wertikal, do którego napisał i wykonał znane ludziom gór piosenki: Skalalazka, Wierszyna, Proszczanie z gorami, Piesnia o drugie. Maniakalnie lubię te piosenki. Stojąc przed tym transparentem-cytatem, marzyłam, żeby szczyty, które były jeszcze przed nami pozwoliły się zdobyć.
15.07.2004
Kabardyjczycy i Czerkiesi mówią o nim Oszchomacho - Góra Szczęścia, Bałkarzy i Karaczaje - Mingi-Tau - Podobny do Tysiąca Gór. Nazwa Elbrus pochodzi z języka perskiego i znaczy Dwie Głowy albo po prostu śnieżna góra. Niegdyś kaukascy górale wierzyli, że Elbrus zamieszkują bogowie i żaden śmiertelnik nie może go zdobyć. Dziś ten Olimp Kaukazu zadeptywany jest przez zorganizowane wycieczki, adeptów alpinizmu zaliczających Koronę Ziemi, a nawet był śmiałek, który wjechał nań na motocyklu. Pierwszym zdobywcą był góral kabardyjski, a miało to miejsce w 1829 roku. Ten sam Kabardyjczyk wszedł potem jeszcze 100 razy na Elbrus i dożył setki. Czapki z głów!
Bogowie na Elbrusie raczyli się sano - napojem o cudownych właściwościach. Na ucztę zapraszali zawsze jednego spośród ludzi, wyróżniającego się odwagą. Zaprosili raz górala Soruko. Gdy Soruko wypił sano, z nadludzką siłą schwycił beczkę z napojem i cisnął w dolinę, żeby wszyscy pozostali ludzie też mogli napić się i stać się szczęśliwymi. Kaukascy górale nazwali napój nartosano. Z czasem utarła się nazwa narzan i do dziś w dolinie Bakanu można posmakować leczniczej wody.
Gdzieś na Kaukazie przybity do skał - może do Elbrusa właśnie - cierpiał mityczny Prometeusz, któremu sęp wydziobywał odrastającą każdego dnia wątrobę. W tych okolicach mieszkały Amazonki, które pokojowo współżyły z tajemniczymi Scytami. Kawał historii.
19.07.2004
Drżę z przejęcia patrząc z wysokości Prijuta na panoramę górską centralnego pasma Kaukazu - Donguzorun, Nakra, Bżeduch, kształtne uszy Uszby. Potęga i majestat czterotysięczników. Obok nas przy Prijucie rozbił się polski samotny górski jeździec. Szczyt odwagi czy brawury połączonej z niefrasobliwością? Nie udało mu się mu się dojechać nawet do siodła między wierzchołkami. Co można robić cały dzień, kiedy już obejrzy się ruiny schroniska, skałę z tabliczkami ku pamięci zaginionych i zmarłych tragicznie na Elbrusie alpinistów, nieskończenie wiele razy popatrzy to na Oszchomacho to na Uszbę? Otóż można wypowiedzieć wojnę śniegową Czechom, którzy rozbili się w ruinach Prijuta.
Moi Ukraińcy wygrywają i Igor powiewa ukraińską flagą, którą zawsze wozi ze sobą na górskie wyprawy. W turbazie UMC Elbrus wciągnęliśmy ją pierwszego dnia na maszt i odśpiewaliśmy hymny - ja polski a Ukraińcy ukraińscy. Tak samo było na Lekzyr a oprócz tego Igor rzucił się na kolana i głośno zmówił modlitwę dziękczynną-proszącą o pomyślność w trakcie wspinaczki na Elbrus.
Żałuję, że nie miałam polskiej bandery. Miałam natomiast biały bandaż i postanowiłam namalować na nim czerwonym markerem orła i założyć na głowę na szczycie, jeśli w ogóle na nim stanę. Nie mam przecież raków. Dobrze, że chociaż wzięłam swój czekan z Polski. W wypożyczalni w turbazie była tylko jedna para i dostała się Romkowi. Wiem, że to karygodna lekkomyślność wchodzić bez raków, ale Igor nie miał nic przeciwko temu. Musiałam tylko zachować ostrożność i trzymać się któregoś z instruktorów.
21.07.2004
Wychodzimy o 3.00 w nocy. Powolutku, krok za krokiem, bo z przodu i z tyłu tłumy, które nie wiadomo skąd się wzięły, każdy idzie swoim tempem. Hałasują ratraki, podobno można za 40 Euro dojechać na ratraku do Skał Pastuchowa. Jest bardzo zimno, czuję jak marzną mi palce u nóg i rąk. Część grupy nocowała na Skałach Pastuchowa, mieli na godzinę 5.00 zagotować wodę na herbatę dla wszystkich, abyśmy mogli się trochę rozgrzać. Niestety było pusto w kominie, podobno camping-gazy zamarzły. Zza gór wyłania się powoli słońce- najpiękniejszy świt, jaki widziałam w życiu. Czuje się wspaniale, żadnego bólu głowy i wymiotów, za to burczy mi w brzuchu - dobry objaw właściwej aklimatyzacji. Mój znajomy bioterapeuta, który spędził kilka lat w Tybecie u mnichów twierdził potem, że to dlatego iż moja dusza należy do świata gór i prawdopodobnie urodziła się wysoko w górach. Chciałabym w to wierzyć.
Pewnie doszłabym na sam szczyt bez raków, ale wyglądający na instruktora wspinaczki starszy Rosjanin nakrzyczał na mnie i na Kiryła, że pozwolił mi wchodzić w samych butach, więc 200 metrów przed szczytem Kirył kazał mi zostać i czekać, aż śnieg jeszcze bardziej zmięknie, ewentualnie kiedy ktoś z naszej grupy schodząc pożyczy mi swoich raków. Nie doczekałabym się zapewne, a raczej byłoby już za późno.
Siedząc na czekanie obserwowałam mijających mnie turystów i alpinistów. Szkoda, że ich nie liczyłam, ale na pewno w ciągu pół godziny przewinęło się kilkudziesięciu. Rzadko który pozdrawiał, a jeśli już to częściej słyszałam priviet niż hello, bynajmniej nie dlatego, że więcej tam turystów rosyjskojęzycznych. A może pozdrawianie jest już retro?
Ci co nie pozdrawiali - skrupulatnie zanotowałam - najczęściej mieli na sobie grube tysiące w sprzęcie i odzieży. Pomyśleć, że kiedyś ludzie wchodzili w trikoniach i owczych swetrach. Przypomniałam sobie wtedy, zasłyszaną od ratownika Wołodi przy ognisku opowieść o Amerykaninie, który maksymalnie "wysprzęcony", uginający się pod ciężarem szpeju - wyglądał jak kosmita albo amerykański snajper w Iraku - wbiegł do "beczek" (schronisko na Elbrusie poniżej Prijuta) i zobaczył nadprogramowe, wycieńczone chorobą wysokogórską ciało leżące na podłodze zaczął się drzeć, żeby je zabrać bo psuje widoki a poza tym on zapłacił za miejsce 30 bagsów.
Z nudów zaczęłam rozmawiać z patronem alpinistów - świętym Bernardem z Menton, aby coś wykombinował. Cuda się zdarzają! Romko, który był szczęśliwym posiadaczem jedynych wiązanych raków w naszej grupie, zatrzymał się, zdjął jeden i mi oddał. Weszliśmy razem podtrzymując się wzajemnie, on w jednym i ja w drugim.
Jak się stoi na szczycie i spogląda w dół z wysokości 5642 m n.p.m. to ściska za gardło i jakoś tak same cisną się na usta słowa z piosenki Wysokiego cały świat jak na dłoni, szczęśliwyś i tylko trochę zazdrościsz tym, którzy dopiero wejdą na szczyt.
24.07.2004
W wiejskim barze przy kaukaskiej muzyce, chiczinach (wyśmienite naleśnikowate placki na ciepło z topionym serem albo z mięsem) i szaszłykach świętujemy wejście na Oszchomacho. Próby zrobienia szpagatu bez rozgrzewki przy skocznej lezgince i po samogonie rosyjskim kończą się dla mnie zerwaniem przyczepu mięśnia półbłoniastego. Podobno głupota nie boli. Oj boli! Półprzytomną odnoszą mnie do obozu, dostaję zastrzyk i zasypiam z przekonaniem, że to tylko naciągnięcie i że do jutra przejdzie.
Niestety jest gorzej, bo wyparowała znieczulająca wódka i pojawił się krwawy siniak od pośladka do kolana. Ma to swoje korzyści - chłopcy noszą mnie do bani, toalety, do namiotu, wszyscy troszczą się o mnie. Dobrze, że to koniec wyprawy a nie początek.
Dziś ostatnia pożegnalna impreza przy ognisku. Igor załatwia pół barana we wsi i świeże warzywa, wykańczamy ostatnie konserwy. Musi być dużo, bo będą goście - Wołodia - ratownik z kaespesu (kontrolno-spasatielski punkt), poznani wczoraj w barze miejscowi i wszelkiej maści maniacy Kaukazu, a także pięcioosobowa polska grupa studentów z Krakowa i szefowa turbazy. Igor jak brat-łata, serdeczny i otwarty dla całego świata sprasza wszystkich. Kubek z gorzałką krąży z rąk do rąk. Każdy musi wznieść toast i powiedzieć dlaczego tu przyjechał i co stąd wywozi.
Toasty Igora są długie, wręcz "gruzińskie". Pełno w nich miłości i szacunku i pokory wobec gór, pobożnych życzeń powrotów i pamięci zaginionych alpinistów. Goście opowiadają ciekawe historie, wspominają swoje i zasłyszane od innych przygody. A nad nami rozgwieżdżone niebo, szum Adył-su.
Kwitnie handel, bo Igor ciągnie ze sobą za każdym razem sprzęt i ciuchy firmowe a w każdym razie wyglądające na takowe. Wszystko schodzi na pniu. Opłaca się kupić, a jemu opłaca się to ciągnąć ze sobą. Spodnie windstoperowe Mammut, czapki North face, raki, dziabki Cassin, kurtki Mammut, etc. za jedną trzecią ceny.
Przychodzą też Kabardyjki z wełnianymi skarpetami i czapkami, swetrami. Wszystko idzie jak woda.
25.07.2004
W marszrutce do Piatigorska wszyscy milczą, ostatni raz patrzą na kaukaskie szczyty. Kierowca puszcza muzykę. Wsłuchuję się w słowa piosenek z kasety. Kaukaskie disco śpiewane przez grupę Dambaj. " my ludzie gór, Kaukaz nasz dom, Kaukaz mój dom rodzinny, niech nasze góry nie wiedzą, co to hańba, wypijmy za nasz Kaukaz, pokój tobie Kaukaz, szczęście, dobro, miłość i przyjaźń, wypijmy za nasz Kaukaz, wypijmy za naszych gości, ty mój dom, ty mój los, jestem bogaty bogactwem mojego kraju, kocham cię kraju mój miły górny Karaczaju, całą duszą kocham cię od dzieciństwa kraju mój rodzinny, sławie cię w mej drodze, kraju mój cudowny, nigdzie nie ma tak pięknej ziemi jak nasz Kaukaz ".
Wciska mnie w fotel (też od wczorajszych szaszłyków) - to przy tym bawi się młodzież kaukaska? To najpiękniejsze pieśni patriotyczne jakie słyszałam, no może oprócz "Ukochany kraj" Mazowsza.
W pociągu Kisłowodzk-Kijów Igor rozdaje ankiety. Chce wiedzieć, czy wyprawa podobała się i co ewentualnie ulepszyć w przyszłym roku. Trzeba ocenić instruktorów, sprzęt, jedzenie, organizację. Mówi, że Polacy, którzy z nim byli w tamtym roku uważali, że "w obozie panuje za duży komunizm". Trzeba się dzielić jedzeniem, oddać swoje nowiutkie kartusze karrimor do wspólnego użytkowania, wpuścić kogoś do nowiutkiego namiotu, itd. Wszystko ma być wspólne a nasz naród cechuje dość duży indywidualizm górski.
A ja się cieszę, że byłam z tymi ludźmi, bo gdyby nie ich "komunizm" to może nie stanęłabym na szczycie.
W Kijowie oddzielam się od bandy Igora i jadę na Krym ale to już całkiem inna opowieść.
Powracamy, gdy czas
W krzątaninę, w gwar miast,
W mechaniczny świat nasz,
W którym czujesz się śrubką.
Powracamy spod chmur,
Powracamy znów z gór,
Gdzieśmy byli jak zwykle -
Jak zwykle za krótko.
(Wysocki)

Opublikowane na stronach internetowych www.transsyberyjska.pl materiały,
informacje lub ceny nie stanowią oferty w rozumieniu przepisówkodeksu cywilnego.
Transsyberyjska.pl to pierwsze wyspecjalizowane w wycieczkach do Chin, Indii, Rosji oraz krajów byłego ZSSR biuro podróży powstałe w Krakowie w 2005 r. Własne wycieczki do Moskwy czy St. Petersburga uzupełniamy starannym wyborem wycieczek i wypraw naszych partnerów.
Stałym punktem naszej oferty wycieczkowej są wczasy na Krymie - nie jest przesadą twierdzenie iż, nasze biuro podróży ma najtańsze wycieczki na Krym oraz najtańszą ofertę wczasów na Krymie. W przypadku transsyberyjskiej niska cena wycieczek i wczasów nie wpływa na jakość, gdyż cena wczasów na Krymie wynika z długoletniej współpracy z partnerami w Rosji, Ukrainie i na samym Krymie. Wczasy na Krymie oferujemy wraz z przelotem samolotem lub z dojazdem własnym. Podróżnym oferujemy także bilety kolejowe na Krym, a dokładnie bilety kolejowe ze Lwowa do Symferopola na Krymie. Oczywiście w naszej ofercie znajdziecie także bilety kolejowe po całej Ukrainie oraz bilety kolejowe z Ukrainy do Rosji np.: z Kijowa do Moskwy.
Wielu naszych Klientów podróżuje samodzielnie. Niemniej jednak wybierają nasze biuro podróży, gdyż oferujemy bilety kolejowe na kolej transsyberyjską i bilety kolejowe po całej Rosji. Niektórzy podróżują koleją transsyberyjską nie tylko nad Bajkał i do Irkucka, ale także do Chin czy Mongolii. Dla nich mamy bilety kolejowe do Pekinu czy Ułan-Bator w bardzo atrakcyjnych cenach.
Zgromadziliśmy na naszym wycieczkowym portalu także wyprawy do Chin od Tybetu po Chiny południowe, wyprawy i wycieczki do Indii od Varanasi po Bombaj oraz wyjątkowe wyprawy do Wietnamu, Mongolii czy po prostu nad Bajkał koleją transsyberyjską. Dla tych, którzy nie mają czasu na długą wyprawę np. na Kamczatkę proponujemy kilkudniowe wycieczki do Moskwy, St. Petersburga czy Lwowa lub Wilna na Litwie. Są to autorskie programy wycieczek do Moskwy lub stolicy białych nocy - Sankt Petersburga. Nasze biuro podróży organizuje wycieczki kolejowe do Moskwy i Sankt Petersburga co zapewnia wyjątkowy komfort podróżowania.
Ofertę wycieczek, wczasów, wypraw oraz biletów kolejowych uzupełniamy praktycznymi informacjami o na temat kolei transsyberyjskiej oraz relacjami z podróży.
Wyrabiamy też wizy do Rosji, Chin, Wietnamu i Mongolii, a dla klientów którzy zamawiają wizy i bilety kolejowe oferujemy atrakcyjne rabaty na wizy. Można powiedzieć, że mamy 100% skuteczności w wyrabianiu wizy do Rosji, Chin, Wietnamu i Mongolii, a nasze ceny wizy są najniższe na rynku pośrednictwa wizowego.
Zapraszamy na wyprawy!
Podróże służbowe | Hotele | Wizy | Krakow hotels | Wizy do Rosji | Wizy do USA | Wizy do Australii | Wycieczki do Chin | Tłumaczenia Kraków | Dubrovnik hotels | Transsiberian | Transsyberyjska bilety | Wynajem samolotów | Wizy do Dubaju | Porady prawne | Poland tours | Wizy do Chin Bilety kolejowe
Bilety kolejowe i wizy:
Kolej transsyberyjska bilety | Rosja wizy | Chiny wizy | Indie wizy | Wietnam wizy | Kazachstan wizy | Kolej Transsyberyjska























